Prywatyzacja czy prywatyzacyjka?

Jarosław Biernacki, "Rynek Kapitałowy"
opublikowano: 2008-06-12 16:33

Przeciętny obywatel pod pojęciem prywatyzacji rozumie takie przekształcenie struktury własnościowej przedsiębiorstwa, w wyniku której przestaje ono mieć dominującego państwowego właściciela, a zyskuje prywatnego.

Analiza rządowego programu prywatyzacji na lata 2008-2011, zaprezentowany w kwietniu na GPW przez szefa resortu skarbu, wymaga zatem uzyskania odpowiedzi na trzy zasadnicze pytania: co ma być w ramach programu prywatyzacji zrobione, w jaki sposób ma to być zrobione, i wreszcie, kto ma to zrobić?

Prywatyzacja czy prywatyzacyjka

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest na pozór prosta. Gospodarka polska ma być w maksymalnie możliwym stopniu prywatna. Program zakłada, że 740 przedsiębiorstw ma zmienić państwowego właściciela na prywatnego w ciągu niecałych czterech lat, w tym prywatyzacja 316 ma się rozpocząć i w znacznej części zakończyć jeszcze w bieżącym roku. Niestety, dokładna lektura programu prowadzi do wniosku, że rzeczywista prywatyzacja –  rozumiana jako zmiana dominującego właściciela – obejmie znacznie mniejszą liczbę spółek.

Analiza listy 316 spółek przewidzianych do „prywatyzacji” w bieżącym roku wykazuje, że większość z nich to firmy już w większości prywatne. Jedynie w 105 z tych spółek Skarb Państwa posiada większość udziałów, a w znacznej ich części przy tym udział państwowego kapitału, jest marginalny. Na liście – „Planowane projekty prywatyzacyjne w 2008 roku”, zamieszczonej na stronach internetowych MSP, znalazły się bowiem również takie pozycje, jak Zelmer SA z 0,06 proc. udziałem Skarbu Państwa, czy Orbis SA z udziałem 0,04 proc. a nawet Bank Millennium, w którym do państwa należy 0,000006 proc. kapitału.

Podobne proporcje są, niestety, zachowane na szerszej liście 740 przedsiębiorstw przewidzianych do prywatyzacji w najbliższych czterech latach. Okazuje się zatem, że program rządowy zakłada faktyczną prywatyzację rozumianą jako zmiana dominującego właściciela nie 740 przedsiębiorstw, lecz – w najlepszym przypadku – raczej około połowy tej liczby. Ponadto przewiduje się sprzedaż „resztówek” pozostałych po wcześniejszych prywatyzacjach, często niejako „z automatu”, w drodze skorzystania przez obecnych inwestorów z opcji zakupu akcji zawartych we wcześniejszych umowach.

Wreszcie, część firm wymienionych, jako przewidziane do prywatyzacji w latach 2008-2011, w tym zwłaszcza komunikacyjnych, ma zostać niesprywatyzowana, lecz skomunalizowana. Właściciel nadal pozostanie publiczny, tyle że na innym szczeblu władzy.

Nie padły dotychczas żadne nowe argumenty przemawiające za pozostawieniem w rękach państwa kontroli nad takimi firmami, jak: KGHM, Orlen, Lotos, PGNiG, Przedsiębiorstwo Porty Lotnicze, Zarządy Portów Morskich, kopalnie węgla kamiennego, znaczna część energetyki, uzdrowiska itp. Mówi się obecnie, że są to firmy z punktu widzenia interesów polskiej gospodarki strategiczne. Warto jednak przypomnieć, że jeszcze parę lat temu firmy takie jak Orlen czy KGHM nie były traktowane jako niepodlegające prywatyzacji i sprzedano inwestorom zewnętrznym większościowe pakiety ich akcji, choć rozproszone, w związku z czym Skarb Państwa zachował nad nimi faktyczną kontrolę. Przeciwna prywatyzacji retoryka polityków – wchodzących w skład poprzednich rządów – sprawiła, że nie ma dziś sprzyjających warunków dla dalszej prywatyzacji tych przedsiębiorstw.

Skarby (na)rodowe

Po zapoznaniu się z tą swoistą „listą nieobecności” nasuwa się jedynie gorzka myśl, że skoro dziś nie można sprywatyzować spółek np. z branży energetycznej z uwagi na bezpieczeństwo energetyczne państwa, to tym bardziej nie należało prywatyzować przemysłu spożywczego, z uwagi na bezpieczeństwo żywnościowe. Przecież przedsiębiorstwa takie jak Orlen czy Lotos, nie mając dostępu do znaczących własnych złóż ropy naftowej, są jedynie przetwórcami zagranicznego surowca. A żywność produkujemy w kraju – w prywatnych gospodarstwach. Zresztą dla obywatela ważniejsze jest jedzenie niż jazda samochodem.

W oparciu o doświadczenia ostatnich niemal dwudziestu lat transformacji gospodarczej, nasuwa się kolejna myśl i jednocześnie obawa, że w ostatecznym rozrachunku wszystkie te firmy i ich majątek będą tak czy inaczej prywatne. Jeżeli nie sprywatyzuje ich teraz minister, dokona tego prędzej czy później syndyk. Jeżeli zatem dziś, według danych MSP, na 1327 spółek z udziałem Skarbu Państwa 350 znajduje się w stanie likwidacji lub upadłości, to warto zapytać, ile z nich mogłoby istnieć, gdyby je wcześniej oddano prywatnym właścicielom, i ile z obecnie funkcjonujących spółek nie doczeka się prywatyzacji?

Na takim rozwoju sytuacji stracimy jedynie my, podatnicy. Mamy w ostatnich kilkunastu latach dość przykładów na to, że nawet dobre przedsiębiorstwa należące do Skarbu Państwa, mające dobrą pozycję rynkową, padały pod rządami niekompetentnych państwowych „menedżerów” powoływanych i sterowanych przez polityków różnych szczebli. Łatwo znaleźć znaczące przykłady nawet z ostatnich lat. Doskonałego materiału do przemyślenia dostarcza historia prywatyzacji PZU SA. W latach 1999-2001 udział tej firmy w rynku ubezpieczeń majątkowych w Polsce był stabilny i wynosił około 57,5proc. Była to ostatnia chwila na korzystną prywatyzację ubezpieczyciela, i próby takie podjęto. Niestety, dyskusje wokół sprzedaży akcji i wyboru inwestora doprowadziły do znanego konfliktu z Eureko i zarzutów o wyprzedaż sreber rodowych. Kolejne zarządy pochodzące wyłącznie z politycznego nadania, w ciągu zaledwie kilku lat doprowadziły do spadku udziału w rynku do niecałych 44 proc. w roku 2007. W tym samym czasie, na rynku ubezpieczeń życiowych, jeszcze bardziej dramatycznie pogorszyła się pozycja PZU Życie – tu udział spadł z 53 proc. w 2000 r. do niecałych 30 proc. w 2007 r. Podobnych skutków połowicznej „prywatyzacji” można się zapewne spodziewać w przypadku do niedawna największego polskiego banku – PKO BP, w konsekwencji długotrwałych zawirowań wokół jego zarządu. Dobrym przykładem jest też LOT, który swojego czasu uznano za dobro narodowe i sprzedano jedynie mniejszościowy pakiet jego akcji Swissairowi, a prawo głosu z tych akcji wykonuje dziś syndyk. Sam LOT natomiast ma się coraz gorzej i chwała rządowi za to, że postanowił skończyć obecnie z fikcją narodowego przewoźnika i sprywatyzować firmę w całości, by ją ratować przed upadłością.

Akcje na aukcje

Odpowiedź na pytanie o to, w jaki sposób rząd ma zamiar zrealizować program prywatyzacji w zakładanym terminie, można częściowo przynajmniej znaleźć w przedstawionych materiałach. Kluczem ma być uproszczenie procedur prywatyzacyjnych, zmniejszenie kosztów i skrócenie czasu trwania prywatyzacji. Wprowadzona ma zostać nowa forma prywatyzacji, a mianowicie sprzedaż akcji lub udziałów w drodze aukcji ogłoszonej publicznie. Cele te są oczywiście godne poparcia. Diabeł jednak jak zawsze tkwi w szczegółach. Trudno nie znając propozycji konkretnych rozwiązań ustawowych oceniać, na ile przyczynią się one do przyśpieszenia prywatyzacji. Trzeba jednak pamiętać, że dotychczas to nie same procedury, ale praktyka ich stosowania, często nadmiernie asekuranckiego, prowadziła do największych opóźnień procesów prywatyzacyjnych. Jak mawiał pewien słusznie miniony klasyk, kadry decydują o wszystkim.

Ciekawostką samą w sobie jest rozszerzenie możliwości bezpłatnego przekazywania udziałów lub akcji należących do Skarbu Państwa jednostkom samorządu terytorialnego. Ponieważ wśród przewidzianych do prywatyzacji spółek znajduje się pewna liczba takich, które mają być „sprywatyzowane” przez komunalizację, możliwość ta na pewno pozwoli poprawić statystyki prywatyzacji. Mieliśmy jednak kilka lat temu doświadczenia z „prywatyzacją” TP SA poprzez jej sprzedaż również państwowemu France Telecom, więc prywatyzacja przez przekazanie udziałów władzom gminnym lub miejskim nie jest pomysłem nowym.

W tej części programu jest jednak także i pewien istotny konkret. Zwiększona ma być mianowicie jawność i przejrzystość procedur prywatyzacyjnych. Dotychczas najbardziej jawne i przejrzyste dla opinii publicznej były, i z definicji, i w praktyce, te prywatyzacje, które odbywały się w drodze oferty publicznej. Zaskakująco wygląda wobec tego zestawienie powyższej deklaracji z załączoną do programu listą spółek przewidzianych do prywatyzacji w drodze oferty publicznej lub rokowań, a dotychczas nienotowanych na warszawskiej giełdzie. Lista ta obejmuje zaledwie 30 spółek, które mają trafić na giełdę w ciągu czterech lat! Wprawdzie prywatyzacja przez giełdę jest jedną z najbardziej czasochłonnych i pracochłonnych metod sprzedaży akcji Skarbu Państwa, lecz niewątpliwie jest również najbardziej transparentna i leży w żywotnym interesie rynku kapitałowego w Polsce.

Pod górkę i po wybojach

Mimo wszystkich wad i niedomówień rządowy program prywatyzacji pozostaje programem ambitnym, zwłaszcza w wymiarze ilościowym. Wykonanie wszystkich założonych w nim działań wymagać będzie sporego nakładu pracy ze strony administracji publicznej. Zatem trzecie pytanie : kto ma to zrobić? Dotychczasowe doświadczenia, zwłaszcza ostatnich kilku lat, kiedy prywatyzację w zasadzie wstrzymano, wskazują, niestety, na to, że przy pomocy jedynie obecnie pracującej kadry specjalistów w Ministerstwie Skarbu Państwa założeń programu prawdopodobnie zrealizować się nie uda. Nie tylko dlatego że w resorcie brakuje wystarczającej liczby urzędników dostatecznie wykwalifikowanych, by taką operację przeprowadzić. Antyprywatyzacyjna retoryka ostatnich lat i nieustanne kontrole szukające nadużyć również tam, gdzie ich wcale nie było, wywołały wśród pracowników zatrudnionych w administracji odpowiedzialnej za przekształcenia własnościowe zrozumiałe reakcje asekuranckie, niesprzyjające podejmowaniu jakichkolwiek działań. Sądząc po ostrych reakcjach obecnej opozycji na program prywatyzacji, takie postawy wśród kadry MSP będą z pewnością nadal prezentowane. Jakikolwiek program prywatyzacji ma chyba szansę powodzenia jedynie wtedy, gdy wśród osób mających go realizować uda się wywołać nastrój „potrzeby chwili”, choćby trochę podobny do tego z początku lat 90., kiedy ruszała transformacja gospodarcza. W przeciwnym razie program pozostanie na papierze, a konkretne projekty w szufladach urzędników.

Program prywatyzacji nie jest doskonały. Jak widać z załączników zamieszczonych na stronach internetowych Ministerstwa Skarbu, obejmuje w zasadzie znacznie mniejszą liczbę spółek niż publicznie ogłoszone 740. Jednak nawet ten, dopasowany do obecnego stanu świadomości opinii publicznej program, jest przez obecną opozycję przedstawiany jako zbyt daleko idący. Tym bardziej istotne jest to, że w ogóle powstał i że rządzący deklarują – wbrew przeciwnościom – wolę jego realizacji. Trzeba tylko pamiętać, że sprzedaż, w całości lub części, udziałów Skarbu Państwa w 740 spółkach oznacza, że rząd zamierza sprzedawać udziały w tempie przynajmniej jednej spółki co dwa dni, jeżeli przyjąć, że kadencja obecnego rządu i Sejmu zakończy się w normalnym terminie – jesienią 2011 roku. Można więc przewrotnie stwierdzić, iż oznacza to także, że od chwili ogłoszenia programu nie sprywatyzowano już kilkunastu przedsiębiorstw. Czas zatem zaczynać.

Miejmy nadzieję, że przedstawienie programu prywatyzacji przez premiera i ministra w gmachu warszawskiej giełdy okaże się dla samej GPW dobrą wróżbą. W pierwszym etapie giełda ma bowiem zostać sprzedana podmiotom prywatnym tylko częściowo, przy zachowaniu przez Skarb Państwa 51 proc. akcji.

Więcej w czerwcowym "Rynku Kapitałowym"

Organizator

Puls Biznesu

Autor rankingu

Coface

Partner strategiczny

Alior

Partnerzy

GPW Orlen Targi Kielce Energa Obrót