Prywatyzacja uchroni GPW od zejścia na margines

Paweł Zielewski, Paweł Kubisiak
06-12-2004, 00:00

Jako spółka państwowa, warszawska giełda może mieć poważne problemy z konkurowaniem na rynku Unii Europejskiej.

„Puls Biznesu”: Bieżący rok jest rokiem szczególnym dla giełdy. Indeksy biją kolejne rekordy, niedawno mieliśmy największy debiut w historii, a polski rynek jest trzeci w Europie pod względem ilości emisji na rynku pierwotnym. Czy nie nadszedł więc dobry moment na prywatyzację samej giełdy?

Wiesław Rozłucki, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie: Myślę, że ten moment już dawno nadszedł. Chciałbym stosować wobec giełdy te same reguły co do wszystkich spółek. A spółkom zawsze mówię, że przygotowania do debiutu giełdowego należy zacząć przed nadejściem dobrej koniunktury. I myślę, że to samo można powiedzieć o giełdzie.

Zaczęliśmy się przygotowywać do prywatyzacji, a być może i do upublicznienia znacznie wcześniej. Wprowadziliśmy wiele rozwiązań restrukturyzacyjnych, obniżających koszty, w wyniku czego staliśmy się instytucją lepiej przygotowaną do konkurowania na rynku unijnym.

„PB”: Czyli jesteście w zasadzie gotowi do prywatyzacji?

W.R.: Nie godzę się z określeniem, że giełda dopiero teraz dojrzała do prywatyzacji. Pomysł giełdy państwowej był wprowadzony tymczasowo. Status giełdy państwowej miał trwać dwa lata. Ale twory tymczasowe, jak zresztą widzimy nie tylko w tym przypadku, często trwają bardzo długo. Nigdy nie było zamiarem twórców polskiego rynku kapitałowego, do których zresztą się zaliczam, długotrwałe utrzymywanie giełdy w postaci bytu państwowego. Stan obecny jest stanem nienaturalnym dla Europy, gdzie poza GPW funkcjonują tylko dwie giełdy państwowe — na Malcie i na Cyprze.

„PB”: Jaka jest przyczyna obecnej sytuacji, w której stan tymczasowości wciąż trwa?

W.R.: To jest ciekawa historia. Właściwie tradycyjnym akcjonariatem giełd były domy maklerskie, które zwykle były też założycielami giełdy. U nas w dziewięćdziesiątym roku domy maklerskie nie istniały, powstawały równolegle z giełdą, więc nie miały wówczas żadnej siły organizacyjnej ani finansowej. Banki miały wówczas swoje kłopoty, w związku z tym państwo wypełniło tę lukę i założyło giełdę, która miała być po dwóch latach prywatyzowana.

Giełda nie sprawiała kłopotu, więc państwo nie było zainteresowane prywatyzacją, a domy maklerskie nie były zainteresowane kupnem akcji ponad minimalne wymogi. Ten stan nikomu za bardzo nie przeszkadzał. Jednak teraz polski rynek kapitałowy stał się częścią jednolitego rynku europejskiego, gdzie panują proste zasady konkurencji. Żadna giełda nie ma monopolu, żeby handlować papierami emitowanymi we własnym kraju. Jeżeli giełda nie będzie konkurencyjna, to może nie tylko mieć problemy z pozyskaniem nowych emitentów, ale i stracić to, co ma. I tu konkurencja będzie coraz ostrzejsza. Ta instytucja musi dać z siebie wszystko, by sprostać wymogom rynku.

„PB”: A spełnienie wymogów konkurencyjności jest w spółce państwowej niemożliwe?

W.R.: Akcjonariusz państwowy jest akcjonariuszem ułomnym. Człowiek, który reprezentuje skarb państwa nie czuje się właścicielem i nie ma takich oczekiwań, jak akcjonariusz, który wyłożył kapitał i teraz spodziewa się zwrotu. Zwykle państwo ma inne cele, najczęściej polityczne i oczekiwania takiego właściciela nie zawsze skupiają się na tym, na czym powinny. W związku z tym uważam, że akcjonariusz rynkowy wywiera większą presję na władze giełdy i pracowników. Od samego początku starałem się zbudować taką kulturę korporacyjną i etykę pracy, żeby wszystkich traktować jak klientów. Jednak widzę, że od czasu do czasu muszę pracownikom przypominać, że tak trzeba robić.

Gdy spółka jest poddana konkurencji, to pracownicy sami doskonale wiedzą, że trzeba walczyć o klienta. Wydaje mi się, że tylko tak zmotywowany zespół jest w stanie sprostać rywalizacji na rynku unijnym, a zarazem wygrać walkę o swój rynek.

„PB”: Wydaje się, że minister Jacek Socha powinien być tego świadom.

W.R.: Oczywiście. I jest.

„PB”: Czy uważa Pan, że za kadencji ministra Sochy są duże szanse na przeprowadzenie prywatyzacji giełdy?

W.R.: Powiem więcej. Życzę mu jak najdłuższej kadencji, gdyż jest to unikalna okazja dla giełdy, żeby podjąć właściwe decyzje. Między nami w zasadzie nie ma różnicy zdań, jeśli chodzi o konieczność prywatyzacji giełdy. Możemy różnić się w szczegółach, jednak jesteśmy zgodni co do kierunku.

„PB”: Przejdźmy do szczegółów. Jaką konkretnie ma Pan wizję prywatyzacji?

W.R.: Mogę jedynie powiedzieć, jakie są możliwości. Jedną z opcji jest giełda publiczna, notowana na własnym parkiecie. Tak funkcjonuje kilka giełd europejskich, w tym największe. Drugie rozwiązanie to inwestor strategiczny, czyli giełda czy instytucja finansowa, która wzięłaby odpowiedzialność za strategię, rozwój i włączenie GPW w szersze struktury. Ostatnią możliwością jest kombinacja obu tych opcji.

Obecnie nie preferuję żadnego z tych rozwiązań. Jak będę miał już na stole konkretne oferty, to nie będę miał wątpliwości. Natomiast teoretycznie nie można powiedzieć, która opcja jest najlepsza. My uważamy, że będzie zainteresowanie ze strony inwestora strategicznego. Jeśli będzie to dobra oferta, to warto ją wybrać. Jednak nie wszystkie oferty mogą być korzystne dla polskiego rynku.

Na obecnym etapie moim zadaniem jest sprawienie, aby tych ofert było jak najwięcej i by były jak najatrakcyjniejsze. Dlatego już dziś rozmawiam z Euronextem, OMX ze Skandynawii, z Londynem czy z Wiedniem. Nawet słówko powiedziałem prezesowi giełdy nowojorskiej, że jest okazja do wzięcia udziału w prywatyzacji.

„PB”: Sama konieczność prywatyzacji nie podlega dyskusji. Jednak czy już dziś możemy określić, jakie korzyści będą miały notowane spółki?

W.R.: Będzie to oznaczało dalszą zmianę kultury korporacyjnej giełdy. Spółka rynkowa bardziej się stara i dba o swoich klientów. Dzięki temu nasi emitenci będą traktowani jeszcze lepiej, choć już dziś jesteśmy postrzegani bardzo dobrze. Przy statusie spółki państwowej, zawsze ma za sobą oficjalność urzędu, której nie ominiemy nawet przy dobrej woli wszystkich ludzi. A po prywatyzacji giełda będzie bardziej efektywna, może będzie większa i w efekcie obniżą się koszty transakcyjne i opłaty dla spółek. Może wykreujemy też nowe usługi, choć radykalnych zmian nie będzie. Porównując to do jazdy na nartach — pierwszy na mecie zawodnik jeździ tak samo jak piętnasty, a jednak wygrywa. Tu będzie podobnie — zdecydują drobne przewagi.

„PB”: Czy widzi Pan konkretną perspektywę czasową, w której dojdzie do prywatyzacji giełdy?

W.R.: W grudniu minister skarbu wybierze doradcę prywatyzacyjnego. Doradca pracuje przez pierwszy kwartał 2005 r., w drugim kwartale mamy koniec analiz, wyciągamy wnioski i wierzę, że późną wiosną lub wczesnym latem minister Jacek Socha podejmie decyzję. I choć giełdę będą prywatyzować ludzie znani z profesjonalizmu i uczciwości, to jak każda prywatyzacja, będzie to proces kontrowersyjny. Dlatego w żaden sposób nie chcę tego przyspieszać, będę dążył, by wszelkie działania odbywały się przy otwartej kurtynie, w sposób przejrzysty i czytelny.

„PB”: Prywatyzacja to kluczowy, choć nie jedyny warunek rozwoju giełdy. Ważni są również nowi emitenci. Jakie kroki podejmuje giełda, by przyciągnąć kolejne spółki, w tym krajowe i zagraniczne.

W.R.: W kwestii spółek zagranicznych nie chciałbym sobie przypisywać zbyt wielu zasług. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja ze spółkami krajowymi. Tutaj faktycznie, jeździmy po całym kraju, spotykamy się — to wszystko robiliśmy przez kilka ostatnich lat, mimo niewielkiego odzewu. Jednak te działania i piękna inicjatywa „Pulsu Biznesu” teraz przynoszą efekty. Obecnie zbieramy żniwa tego wysiłku i tu możemy wspólnie pogratulować sobie sukcesu.

Natomiast jeśli chodzi o spółki zagraniczne, to jest trudniejszy problem. Ja bym tu oddał zasługę Bankowi Austria, który przyprowadził dwie spółki. Ja też się spotykam ze spółkami zagranicznymi i pokazujemy, że nam zależy na emitentach. Jednak to nie jest łatwe i trzeba nad taką spółką ciągle pracować, a to jest zadanie domu maklerskiego.

Ważna też jest zmiana prawa. Na przykład MOL powiedział, że nasze prawo dostosowane jest tylko do spółek krajowych, zwłaszcza w zakresie wyjścia z rynku. I to jest prawda — obecna litera prawa utrudnia opuszczenie polskiego rynku.

„PB”: Może więc łatwiej przejąć emitentów przejmując inne, mniejsze rynki.

W.R.: Ta kwestia też jest ściśle związana z prywatyzacją. Staraliśmy się o przejęcie giełdy litewskiej. I nie udało nam się. Gdybyśmy byli spółką prywatną, moglibyśmy grać twardziej. Nasi konkurenci podejmowali różne kroki, na które my nie mogliśmy sobie pozwolić. Zastanawialiśmy się, czy mając określoną wycenę możemy zalicytować więcej. Jak zalicytuję więcej w spółce prywatnej, to mnie akcjonariusze rozliczą. A w spółce państwowej przyjdzie Najwyższa Izba Kontroli i nie będzie patrzeć na przesłanki biznesowe, tylko powie — kwity się nie zgadzają. I wówczas bylibyśmy rozliczani przez kogoś, kto nie rozumie biznesu. Sprawa mogłaby trafić do parlamentu, może powstałaby jakaś komisja.

W spółce prywatnej nie miałbym kłopotów, by przekonać akcjonariuszy, a przekonanie inspektora NIK jest prawie niemożliwe. I to pokazuje różnice pomiędzy spółką prywatną i państwową.

„PB”: Czyli bez prywatyzacji nie ma co liczyć na integrację giełd środkowoeuropejskich?

W.R.: Na to nie ma szans. Jeżeli potencjalni partnerzy uważają, że każda decyzja wymaga zgody ministra czy dyrektora departamentu, to my nie mamy silnej pozycji do rozmów. A myślę, że środkowoeuropejski scenariusz zbliżenia i integracji tych rynków jest dobrym rozwiązaniem dla naszego parkietu. Łączenie krajowych rynków, nawet przy ujednoliconych przepisach, jest niezwykle skomplikowane, jednak widzę tu pole do zagospodarowania.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Paweł Zielewski, Paweł Kubisiak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Prywatyzacja uchroni GPW od zejścia na margines