Prywatyzacyjne mataczenie, czy majaczenie prywatne

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2003-07-08 00:00

Nieważna, w opinii ekspertów, i nielegalna umowa prywatyzacji Stołecznej Energetyki, czyli warszawskiego Stoenu. Możliwe procesy o odszkodowania. Nie zapadła jeszcze decyzja w sprawie wyboru inwestora dla Polskich Hut Stali, a już wiadomo, że przegrani będą się odwoływali, a być może wystąpią z pozwami do sądu. Od wielu miesięcy odkładana decyzja w sprawie wyboru metody prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej. Stanie zapewne na samodzielnym budowaniu koncernu paliwowego, co skutecznie osłabi PKN Orlen. Tymczasem w jego akcjonariacie dzieją się jakieś dziwne i tajemnicze rzeczy, które mogą doprowadzić do utraty wpływu państwa na tę spółkę jeszcze przed sprzedażą kolejnego pakietu akcji. Największa polska prywatyzacja, PZU SA, przedmiotem sporu pomiędzy inwestorem: Eureko, a Skarbem Państwa i tematem postępowania przed sądem arbitrażowym. Podejrzenia o korupcję, działanie na szkodę spółki, pomieszana polityka z gospodarką. Słowem: co prywatyzacja, to afera.

Tak być nie musi — brzmiało jedno z wyborczych haseł koalicji SLD-UP. I miało być pięknie. Do 2006 roku prywatyzacja miała być praktycznie zakończona, udział własności publicznej w gospodarce miał nie przekraczać 20 procent, a sprzedaż państwowego majątku miała służyć wyłącznie polityce wobec całej gospodarki. Przynajmniej takie były założenia. Ponadto: minister Kaczmarek miał zostać bez pracy, a z pewnością bez fotela ministra skarbu, bo nie będzie już „skarbu”, ani urzędu, a tym, co zostanie, może zarządzać dyrektor departamentu w ministerstwie gospodarki. Miało być pięknie, a wyszło: jak zawsze. Prywatyzacja została praktycznie wyhamowana, odżyje zapewne pomysł powołania prokuratorii (albo przydzielenia prokuratora każdej prywatyzacji), i tylko Kaczmarek i tak stracił posadę ministra skarbu.

Czy polska prywatyzacja obarczona jest śmiertelnym grzechem poczęcia? Chyba tak, bo jak inaczej wytłumaczyć, że każdy minister rozpoczyna „pracę u podstaw”, czytaj: od początku, jakby jego poprzednicy niczego nie zrobili, ba, jakby wcale ich nie było. Jeśliby sławne powiedzenie premiera, dotyczące tego, po czym to poznaje się prawdziwego mężczyznę, zastosować do ministrów skarbu, którym przyszło pełnić tę funkcję od początku transformacji, to żadnego byśmy nie poznali. Bo żaden nie skończył. Za to każdy rozpoczynał od wgryzania się w temat. Prywatyzacyjni wyjadacze twierdzą, że pierwsze siedem-dziewięć miesięcy urzędowania każdego ministra skarbu to czas stracony dla prywatyzacji, a urzędnicy ministerstwa robią opracowania, kopie, zmieniają strukturę starych, pożółkłych dokumentów, by mogły przeżyć „drugą młodość”. Gdyby więc ministra odpowiedzialnego za prywatyzację zmieniać, dla pewności, tak raz na pół roku, nigdy nie wyszlibyśmy poza fazę opracowań, raportów, tworzenia koncepcji. W każdym razie, z prywatyzacją realną byłby święty spokój.

A jak już wszystko jest „od nowa” i według jedynie słusznej metodologii policzone, przychodzi czas na drugi element „pracy u podstaw”, czyli koncepcję prywatyzacji. Przy każdej zmianie ministra okazywało się bowiem, że poprzednia była absolutnie niewłaściwa, nie do przyjęcia, a „machina prywatyzacyjna zmierzała w nieznanym kierunku”. W efekcie takiego podejścia, w ciągu kilku lat, dopracowaliśmy się np. siedmiu niezależnych, biegunowo odległych, koncepcji prywatyzacji energetyki... i bardzo niewielu sprywatyzowanych zakładów, czy to wytwórczych, czy dystrybucyjnych. A te, które sprywatyzowano, okazuje się — wadliwie. Wygląda więc na to, że jeszcze wnuki dzisiejszych, odpowiedzialnych za prywatyzację, ministrów skarbu będą miały zajęcie po dziadkach. Ot, dalekowzroczność.