Przebój? Nigdy w życiu!

Agnieszka Kobylińska, Monika Witkowska
opublikowano: 2003-09-26 00:00

Danusia Stenka zje wszystko. Lubi mój pasztet drobiowy z wątróbki. Kinga Preis to wegetarianka, ona tego do ust nie weźmie. Woli kotleciki sojowe — mówi pani Marta z firmy cateringowej.

Żywi 80 ludzi na planie filmu „Nigdy w życiu”. Ciężka praca dla trzech osób. Dziennie trzeba 10 kilo kartofli obrać, ugotować 2 kilo ryżu, a mięsa — ile wyjdzie. Firma cateringowa Wal — Marta i Ryszard działa na rynku tuzin lat. Kiedyś pracowali w Łódzkiej Wytwórni Filmowej — w dziale montażu. Ale potem starego jelcza przerobili na garkuchnię, z mikrofalą, lodówką, dwiema gazowymi kuchenkami. Najlepsze garnki trzymają w luksusowej hondzie. Tył autokaru wygląda niby wagon Warsu: stoliki, miękkie siedzenia. Tu przesiadują aktorzy i ekipa podczas długich przestojów między kręceniem scen.

Jeśli jest duży budżet — są owoce cytrusowe, słodycze, soki.

— Czy mogę zdjąć filmową koszulę, bo ją zaplamię sosem z kurczaka — pyta panią Elę, asystentkę kostiumografa Eli Radke, Marcin Kwaśny. Stroje są nowe — ze znanych firm odzieżowych, dostarczone przez Dorotę Williams, stylistkę z TVN.

Marcin gra dziś w scenie przyjazdu gości na imprezę do domu głównej bohaterki Judyty (Danuta Stenka). Będzie dubel.

Z luksusowych samochodów: kabrioleta citroĎna C5, któremu wciąż zacina się dach, i czarnego range rovera wyskakują Artur Żmijewski, Kinga Preis, Sławomir Orzechowski, Kasia Bujakiewicz, Marcin Kwaśny i statystki: Sabina Bielska i Kasia Romanowska. Dziewczyny w obcisłych bluzkach, mini i szpilkach.

Zimno. Od Wkry, gdzie plan filmowy, ciągnie chłodem. Ale do północy trzeba wytrzymać. Joanna Brodzik grająca w filmie Ulę — przyjaciółkę głównej bohaterki, czekając na swoją kolej przechadza się w grubym, różowym szlafroku.

— Pracujemy po 12 godzin. Przez 30 dni zdjęciowych wytrzymujemy takie tempo... Potem wszystko boli, czuć zmęczenie w kościach, kiedy stres odpuszcza — mówi II reżyser filmu Krzysztof Rogala.

Reżyser, Ryszard Zatorski, znany jako współscenarzysta „M jak miłość”, nie ma zwyczaju rozmawiać o filmie przed jego ukończeniem. Podobno to przynosi pecha.

II reżyser nie lubi, gdy porównuje się „Nigdy w życiu” do filmu o Bridget Jones. A taka etykietka do polskiej produkcji już przylgnęła. Najpierw do bohaterki bestsellerowej książki Katarzyny Grocholi, a potem — filmowej Judyty.

Ale — jak twierdzą twórcy filmu — to nie będzie historia trzydziestolatki, szukającej faceta „na życie”, lecz porzuconej przez partnera życiowego 40-latki, próbującej się odnaleźć w nowej sytuacji — z nastoletnim dzieckiem, z bagażem doświadczeń.

Marta Lipińska (w filmie — matka głównej bohaterki), twierdzi, że film trafi w swój czas. Bo pełno wokół par, które się rozwodzą.

Książka „Nigdy w życiu” powstała z felietonów pisanych przez Grocholę dla „Jestem” od 1996 roku. Hellen Fielding swą książkę napisała później.

— Jeśli ktoś tu ściągał, to nie ja — mówi — śmiejąc się — Katarzyna Grochola. I dodaje:

— Historia Judyty jest trochę moją historią. Również własnymi rękami budowałam dom na wsi. Mam córkę — i Judyta ma córkę, ja mam psa i koty — i Judyta ma. Jednak moje życie nie przyniosło takiego happy endu, jak w książce. Napisałam ją ku pokrzepieniu serc.

Danuta Stenka całkowicie utożsamia się z Judytą.

— Na szczęście nie miałam podobnych przeżyć, ale je znam z opowieści, bo mnóstwo znajomych z naszej półki się rozstało. Judyta to kobieta, która nie chce być sama. Pragnie mieć normalny dom: dziecko, męża, rodzinę. To historia kogoś takiego jak ja — bo ja też nie chcę być sama albo co rusz zmieniać mężczyzn. Chcę mieć problemy domowe, zwykłe, codzienne, banalne. I w tym jesteśmy z Judytą podobne. Bliżej mi do Judyty niż do Bridget Jones — dodaje aktorka.

Danuta Stenka nie przypomina pulchnej, seksownej Renee Zellweger, która zagrała Bridget. Nigdy też nie przefarbowałaby się na blondynkę.

— W blond peruce wyglądałabym jak rozdeptany naleśnik! — ocenia.

Ale tego producenci od niej nie wymagali. Zdobywając tę rolę, zdystansowała Agnieszkę Krukównę, Dorotę Segdę i Małgosię Foremniak. O rolę Judyty kandydatki „się biły”, bo od czasu „Nocy i dni” nie było chyba polskiego filmu, w którym aktorka mogłaby tak wszechstronnie zaprezentować swój warsztat — uznają producenci.

Katarzyna Grochola miała głos doradczy. Typowała Foremniak, Stenkę i Małgosię Pieńkowską z „M jak miłość”. Byłaby zachwycona każdą z nich...

— Oglądałam zdjęcia z castingu i żadna z polskich aktorek nikomu z twórców i producentów nie narzucała się jako jedyna i idealna kandydatka. Z Agnieszki Krukówny ostatecznie zrezygnowaliśmy, mimo wstępnej umowy, bo do tej roli była zbyt młoda, zbyt mało komediowa i ciepła — mówi Ilona Łepkowska, scenarzystka i współproducentka filmu.

Danuta Stenka wydaje się najbliższa ideału. Fizycznie przypomina Katarzynę Grocholę.

— Mimo że przekroczyła czterdziestkę i jest starsza od filmowej Judyty, wygląda znakomicie! Nie upiększamy jej: nie stosujemy odmładzających „efektów specjalnych” na twarzy. Jest naturalna —mówi o Stence Jolanta Madejska, szefowa charakteryzacji.

— Bałam się kulminacyjnej sceny, kiedy Judyta spotyka nową miłość — Adama (Artur Żmijewski) — na moście, w strugach deszczu. Danusia ma krótkie włosy i mogła wyglądać jak zmokła kura, ale jej się takie od wody ładne loczki pokręciły, że wyglądała ślicznie — dodaje Jolanta Madejska.

Aktorka nie bała się wystąpić „rozmazana”, z zaczerwienionymi oczami i nosem.

— To była również pod względem technicznym jedna z najtrudniejszych scen w filmie. Zastosowaliśmy sztuczny deszcz. Nie tak trudny do wykonania i drogi, jak sztuczny śnieg w „Zemście” Andrzeja Wajdy, ale też kosztowny — mówi Krzysztof Rogala.

Na budżecie filmu zaciążyło też użycie tzw. kranów — czyli kamery na wysięgniku, która może „opowiedzieć” scenę za pomocą jednego ujęcia.

To średniobudżetowy film — tak zwane „proste kino”. Mało operatorów, mało obiektów, 30 dni zdjęciowych. Takich to filmów w Polsce robi się najwięcej.

Poważny wydatek w budżecie stanowiła budowa domu Judyty. Musieliśmy postawić, a nie wynająć, bo w filmie pokazujemy kolejne etapy budowy. Dom zbudowali górale na wynajętej do filmu działce w Goławicach nad Wkrą. — Wygląda okazale, w stylu drewnianego polskiego dworku, z krużgankiem i kamienną podmurówką. Ale tak naprawdę — nie da się w nim mieszkać. Kominek to atrapa, nie ma stropów, a ściany jak z papieru, jak się puści bąka, to na końcu wsi słychać — mówi reżyser Krzysztof Rogala.

Dlatego po zakończeniu zdjęć trzeba go będzie rozebrać.

— Przy budżecie 4,5 mln zł (z czego 3,5 to mln to koszt realizacji filmu, a 1,5 dystrybucji), by film zwrócił się dzięki pieniądzom kinowych widzów, musi go obejrzeć przynajmniej 700–800 tys. widzów — mówi Zbigniew Żmigrodzki z firmy Interfilm, która ma za zadanie sprzedać „ten produkt”.

A żaden polski film, w ostatnich latach, poza „Edim” i „Panem Tadeuszem”, nie przyniosły zysku. Ale zysk to nie tylko wpływy z biletów kinowych, ale i dochód z DVD, VHS, płatnej i publicznej telewizji, a także z dokładania filmu na DVD do wysokonakładowego czasopisma. No i sprzedaż za granicę.

— Nie widzę powodów, dla których polski film nie mógłby się pojawić choćby na amerykańskim rynku, na przykład w telewizji, zalanej produkcją brazylijską czy argentyńską. Ale tematyka powinna być bardziej uniwersalna niż w przypadku „Ediego” Trzaskalskiego. Na przykład „Dzień świra” Koterskiego nie mógłby wystartować do Oscara, bo za bardzo dotyczy polskiej mentalności — mówi dystrybutor „Nigdy w życiu” Zbigniew Żmigrodzki.

— Nie boję się, że film będzie ani lepszy, ani gorszy od książki. Boję się, że film nie odda tego, co w książce najcenniejsze: uświęcenia codzienności. Bo życie nie toczy się w fitness clubach, pubach i restauracjach, a na śniadanie z powodzeniem można zjeść biały ser, a niekoniecznie krewety — mówi Katarzyna Grochola, która za prawa do sfilmowania „Nigdy w życiu” otrzymała 20 tys. złotych.

Film Zatorskiego ma być właśnie uniwersalny. W końcu rozpad rodziny to problem nie tylko polski. Atutem filmu jest także — według Ilony Łepkowskiej — to, że bohaterką jest kobieta. Kiedy na ekranach dominuje kino akcji, kobiety chodzą do kina często tylko jako partnerki mężczyzn. Teraz powstanie produkt przede wszystkim dla nich.

— Pierwszego „Kilera” Machulskiego obejrzało ponad 2 mln widzów, a drugą część tylko milion. Trudno wyczuć, co się spodoba — mówi Krzysztof Rogala. Dlatego eksperci oceniają scenariusz nie tylko pod względem artystycznym, ale i handlowym.

Producenci i dystrybutorzy „Nigdy w życiu” nie martwią się, że to film tylko dla kobiet. Jest ich w Polsce 19 mln. Jakby każda chciała go obejrzeć — och, byłoby wspaniale...