Miniony tydzień na giełdzie przyniósł więcej emocji niż to miało miejsce poprzednio. Na początku panował duży pesymizm. Jednak w połowie tygodnia światowe giełdy doczekały się wzrostowej korekty i przystąpiono do zdecydowanych zakupów. GPW nie reagowała na wcześniejsze spadki. Nie dziwi więc fakt, że w obliczu gwałtownych wzrostów na Zachodzie nasza giełda zachowuje się relatywnie słabiej. Role się odwróciły, jednak mimo wszystko rodzimi gracze doczekali się odbicia. Niewielka płynność rynku powoduje, że agresywne zakupy ze strony kilku zagranicznych graczy, którzy zwiększają zaangażowanie w naszym regionie, wystarczyło do wyciągnięcia indeksu WIG 20 w okolice 1100 pkt.
Po dotarciu do tej strefy kontynuacja zwyżek może napotkać problemy. W porównaniu z zachodnimi akcjami, walory polskich spółek są relatywnie drogie i wydaje się, że nie powinno być zbyt wielu na nie chętnych. Test prawdy powinien mieć miejsce w poniedziałek, kiedy może dojść do „sprawdzenia” poziomu 1120 pkt.
Ostatnie zwyżki na warszawskiej giełdzie nie mają przekonującego charakteru — w związku z poziomem obrotów wzrosty nie przypominają przełomu z października ubiegłego roku. Nasuwają się natomiast skojarzenia z majowym wybiciem, które okazało się pułapką hossy. Indeks WIG 20 nadal pozostaje w konsolidacji i najistotniejsze poziomy, które zadecydują o przyszłości koniunktury, nie ulegają zmianie. W mojej opinii przejście przez indeks największych spółek poziomu 1120 pkt będzie wiarygodnym sygnałem rozpoczęcia trendu wzrostowego w średnim terminie. W tej sytuacji należy zajmować długie pozycje. Natomiast spadek wartości wskaźnika poniżej 1040 pkt to moment na otwarcie pozycji krótkiej. Dopóki nie dojdzie do rozstrzygnięcia, pozostawanie poza rynkiem wydaje się najrozsądniejszym rozwiązaniem.
*specjalista futures Erste Securities