Przedsiębiorcy wierzą, że sprostają konkurencji. Czas szybko zweryfikuje ich przygotowania do unijnej konkurencji.
Krajowych przedsiębiorców czeka chwila prawdy. Po okresie przygotowań i kilkudniowym świętowaniu przyjdzie im się zmierzyć z tym, czym albo straszono, albo do czego przekonywano lub o czym sami marzyli — jednolitym rynkiem europejskim.
Choć rząd nie wszystkim sprzyjał, a warunki jakie zaoferowała „piętnastka” nie należą do luksusowych, to zdecydowana większość przedsiębiorców nie obawia się swojej przyszłości w Unii. Nie wynika to jednak z niewiedzy czy hurraoptymizmu. Przedstawiciele biznesu na ogół dość dobrze rozpoznają zarówno szanse jak i zagrożenia, jakie szykuje im integracja. Szczególnie obawiają się różnic w obciążeniach podatkowych, trudności w dostępie do kapitału i przewagi konkurencyjnej w niektórych dziedzinach.
Często towarzyszy im jednak krewka postawa. Stwierdzenia „tak łatwo się nie damy”, czy „przeżyliśmy transformację, to i w Unii nie zginiemy” nie należały do rzadkości. I rzeczywiście dla wielu branż przetrwanie zawirowań powstającej gospodarki wolnorynkowej, gdzie reguły gry zmieniały się z szybkością światła, obciążenia fiskalne dla niejednego przedsiębiorcy stanowiły młyński kamień u szyi, a zachodnia konkurencja często prowadziła wojnę cenową, było chyba największym sprawdzianem.
Oczywiście w najlepszej sytuacji są zachodnie koncerny, które wchodzą do Unii z marszu, ale to przecież nie one decydują o potencjalne gospodarczym kraju.
— Jeszcze do niedawna stan przygotowań małych i średnich firm nie wyglądał zbyt różowo. Jednak tuż przed integracją wiele podmiotów ostatnim rzutem na taśmę nadrabiało zaległości. Wierzę też, że pomogą im duże zdolności adaptacyjne, możliwość uzyskania unijnych funduszy oraz zwykła chęć rywalizacji. To będzie bardzo szybki proces — podkreśla Henryka Bochniarz, prezydent Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych.