Ukończoną w anormalnym trybie przez parlament nowelizację ustawy górniczej czeka jeszcze błyskawiczny, czyli konstytucyjnie równie anormalny, podpis prezydenta. Jej ratio legis streszczam w tytule, nowatorstwo zaś polega na tym, że władza publiczna nie wzięła, lecz… wręczyła gigantyczne pieniądze.

Miliardy na socjal dla górników zostaną ściągnięte ze wszystkich polskich przedsiębiorców poprzez Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych oraz wprost z budżetu państwa. Taki jest społeczny koszt procederu prowadzonego przez lata w warunkach recydywy, czyli powtarzającego się obsadzania w Kompanii Węglowej, i nie tylko, pomazańców rządowej ekipy.
Przyjęta ostatecznie wczoraj ustawa nie jest jednak pierwszą, której współautorami stali się górniczy związkowcy. Mam déją vu, albowiem dziesięć lat temu, dokładnie w lipcu 2005 r., komentarzowi na podobny temat dałem tytuł „Legislacja gazowa”. Wtedy policja potraktowała gazem agresywną demonstrację górników pod Sejmem, a sprawiedliwy wiatr wepchnął łzawiące opary pomiędzy sejmowe zabudowania, aby pogryzły także wybrańców narodu.
Przesadą byłoby stwierdzenie, że sala płakała, ale tuż przed podwójnymi wyborami uchwaliła górniczą specustawę emerytalną. Odchodzący premier Marek Belka umył ręce, aktywnie natomiast holował ją w Sejmie marszałek Włodzimierz Cimoszewicz. Przez następną dekadę nie śmiały jej tknąć rządy zarówno PiS, jak i PO. W zestawieniu z ostrą konfrontacją z 2005 r. obecna kapitulacja premier Ewy Kopacz przed związkowcami przebiegła wręcz... aksamitnie.