GUS podał w środę wstępne dane o inflacji, tzw. szybki szacunek. W kwietniu inflacja cen towarów i usług konsumpcyjnych wyniosła 2,4 proc. wobec 2 proc. w marcu. Dane są wyraźnie niższe niż przewidywał Narodowy Bank Polski w projekcji z marca. Szacował w niej, że w razie przywrócenia VAT na żywność inflacja w drugim kwartale wzrośnie do 3,4 proc. Na razie mamy oczywiście tylko pierwszy miesiąc drugiego kwartału, ale dojście do tego przewidywanego poziomu jest raczej niemożliwe. Ewidentnie ceny rosną wolniej od oczekiwań.
Bardzo pozytywny jest fakt, że systematycznie spada inflacja bazowa, nie uwzględniająca żywności i energii. Rada Polityki Pieniężnej zwraca na nią bardzo dużą uwagę przy decyzjach o stopach procentowych (przynajmniej tak deklarował prezes Adam Glapiński). GUS jej nie liczy, ale na podstawie podanych informacji można obliczyć, że wyniosła w kwietniu około 4 proc. wobec 4,6 proc. w marcu. Co jeszcze ważniejsze — ceny bazowe z miesiąca na miesiąc rosną wolno, w średnim tempie 0,2-0,3 proc. miesięcznie.
Wolniejszy od oczekiwań wzrost cen to efekt słabszej koniunktury. Popyt rośnie wolno, więc firmy nie są w stanie przerzucić kosztów na ceny. Jeżeli to zjawisko będzie się wydłużało na kolejne kwartały, może dojść do większej redukcji zatrudnienia i inwestycji. Pytanie jest więc dziś takie, czy nadzwyczajny wzrost kosztów pracy zatrzyma się sam z siebie, bez negatywnych efektów po stronie zatrudnienia.
Szybki wzrost płac to dziś największa zagadka makroekonomiczna w Polsce. Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw rosło ostatnio w tempie przekraczającym 12 proc. rocznie. Utrzymanie dwucyfrowego wzrostu płac i niskiego wzrostu cen jest niemożliwe w dłuższym okresie — firmy w końcu zareagują albo wygaszeniem podwyżek płac, albo podniesieniem cen. To pierwsze jest trudne przy rekordowo niskim bezrobociu, to drugie jest trudne przy niskim popycie. Gdzieś jednak ta krótkookresowa równowaga musi zacząć się załamywać.
Jeden scenariusz jest taki, że wzrost popytu w końcu umożliwi firmom podwyżki cen. Ludzie zaczną reagować na rosnące płace wyższą skłonnością do konsumpcji. Nie chodzi tu tylko o mechaniczny wzrost sprzedaży, który odbywa się automatycznie przy wzroście realnych wynagrodzeń, ale wzrost o popytu, czyli gotowości kupowania więcej po wyższych cenach. Ten scenariusz może być wspierany przez masywny napływ funduszy europejskich, które zaczną się przekładać na wysoki wzrost inwestycji w drugiej połowie roku. Na to nałożą się efekty odmrożenia cen energii od lata. Zwolennicy tego scenariusza uważają, że inflacja pod koniec roku może wynosić 6-8 proc.
Ja mam jednak wątpliwości, czy to tak się rozegra. Wysokie stopy procentowe stanowią istotną barierę dla popytu, taki jest ich sens. Co więcej — niski jest popyt zagraniczny na produkowane w Polsce towary, a to dla naszej małej, otwartej gospodarki działa jak efekt chłodzący. Inflacja w Polsce jest bardzo mocno skorelowana z inflacją w strefie euro. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że będziemy utrzymywali się w stanie lekko przytłumionej koniunktury, a inflacja nie wróci powyżej 5 proc.
