Najbardziej prawdopodobny termin głosowania to niedziela, 15 października, natomiast obie izby parlamentu w obecnych składach mogą jeszcze wszystko uchwalać nawet w piątek, 10 listopada. Procedowanie przez posłów lub senatorów w składzie dualistycznym – gdy już wiadomo, którzy zabrali się do zbawczej arki na kolejną czterolatkę, a których wyborcy strącili do otchłani – jest absurdalne. Ale na przykład w 2019 r. PiS taką konstytucyjną, lecz dziwaczną procedurę przeforsowało. Wtedy wybory odbyły się 13 października, zaś Sejm finiszował jeszcze ustawy 15-16 października, a po nim Senat 17-18 października. W tym roku powtórka wobec ustaw nowych nie będzie już możliwa, albowiem Senat absolutnie ich nie rozpatrzy, ale finalizowanie wersji powracających z drugiej izby do pierwszej będzie po 15 października jak najbardziej realne. Wypada przypomnieć, że zgodnie z zasadą dyskontynuacji absolutnie wszystko nieukończone w Sejmie czy Senacie – poza niektórymi projektami obywatelskimi – trafi 10 listopada z automatu do kosza.
Pod kalendarzowym ciśnieniem wyborów zaczyna się przepychanka ustaw. Od dawna trwa już partyjno-personalny wyścig po miejsca w nowym Sejmie i Senacie – chociaż formalny start gonitwy nastąpi dopiero na początku sierpnia – natomiast tłok w kolejce ustaw ma trochę inny charakter. Poza posiedzeniem Sejmu rozpoczynającym się dzisiaj, odbędzie się ich jeszcze sześć, może siedem. Wydajność izby jest ograniczona, a poza tym w kadencji 2019-23 opozycyjny wobec rządu Senat już nie jest podnóżkiem Sejmu, jak w latach 2015-19. Zamiast wykonywać rozkazy najwyższego prezesa w sprawie terminowej pilności, często działa odwrotnie. W związku z tym im bliżej końca kadencji, tym większe znaczenie ma nie sens ustaw czy ich przydatność np. dla polskiej gospodarki i przedsiębiorców, lecz głównie użyteczność propagandowa w kampanii wyborczej.

Do porządku obrad Sejmu wstawiono kilka projektów forsowanych przez PiS wyłącznie pod wybory. Ich dziekanem jest ustawa niby bardzo doniosła, ale bez jakichkolwiek szans na uchwalenie. Wobec zdominowania izby przez PiS takie stwierdzenie zdumiewa, ale w tym wypadku Konstytucja RP w samoobronie stawia bardzo wysoki próg wobec prób zmiany… jej samej. Po trwającej ponad rok procedurze Sejm rozpatrzy sprawozdanie komisji nadzwyczajnej. Prawdopodobieństwo uchwalenia nowelizacji wynosi „mniej niż zero”, albowiem wymagana większość na poziomie około 300 głosów to mrzonka. PiS oczywiście losy swojego projektu zna, zatem jego forsowanie traktuje jako inwestycję wyborczą. Sprytnie połączono dwa nośne punkty powiązane z agresją Rosji na Ukrainę. Jedna zmiana wyłączyłaby z limitu zadłużenia publicznego, które nie może przekroczyć 60 proc. rocznego PKB, finansowanie „potrzeb obronnych RP”. Do takiej definicji władcy mogliby wrzucać absolutnie wszystko, resztki dyscypliny budżetowej ległyby w gruzach. Druga zmiana wprost antyrosyjska umożliwiałaby konfiskowanie majątku osób i podmiotów, który jest lub może być wykorzystany do finansowania lub wspierania napaści zbrojnej na nasze terytorium. Konstytucjonaliści podkreślają, iż już dawno ustawowo stworzono instytucje, które skutecznie mogą wykorzystywać przepisy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu. Dla mnie sprawozdanie komisji całkowicie dyskwalifikuje choćby utrzymany przepis końcowy, że zmiana Konstytucji RP miałaby wejść w życie już z dniem następującym po dniu ogłoszenia. Jak można z tak demonstracyjną pogardą dla zasad dobrej legislacji, bez jakiegokolwiek vacatio legis, traktować ustawę zasadniczą…
