Przerób ratuje firmy tekstylne
Niewiele firm z branży tekstylnej jest w stanie żyć bez tzw. przerobu uszlachetniającego. Jednak przedstawiciele sektora zgodnie twierdzą, że najlepiej zarabia się na własnych kolekcjach.
Wbrew pojawiającym się przekonaniom, że przerób w Polsce (inaczej: wykonywanie kolekcji na zlecenie) to zamknięty rozdział, większość zakładów odzieżowych opiera swoje istnienie właśnie na tego typu kontraktach.Takie rozwiązanie daje możliwość przetrwania na rynku, utrzymania zatrudnienia oraz — w przypadku kontraktów z markowymi firmami — dostępu do technologii czy trendów mody. Bardzo duże znaczenie mają krótkie terminy płatności, a tylko często dzięki temu zakłady zachowują płynność finansową.
— Zdarza się, że klient zlecający szycie jednocześnie inwestuje w park maszynowy potrzebny do wykonania zamówienia czy udziela korzystnego kredytu na zakup urządzeń. Nie przekłada się to wprawdzie na bezpośredni zysk, ale przynosi korzyści zakładowi w dłuższej perspektywie — podkreśla Elżbieta Sankowska, dyrektor ZPO Warmia z Kętrzyna.
Na kontrakcie z Hugo Boss dobrze wyszedł łódzki Próchnik. Renomowana firma ma się zaangażować w modernizację infrastruktury zakładu.
Zysk w kratkę
W sytuacji, gdy produkcja zakładów oparta jest głównie na przerobie, o wysokości zysku decyduje kurs walut w chwili rozliczania wykonanego zamówienia.
— W tej chwili kurs marki oscyluje poniżej 2 zł. Kontrakty podpisywane wcześniej uwzględniały kurs walut na poziomie wyższym średnio o 10 proc. W efekcie sytuacja zakładów, mających tak duży przerób jak nasz, jest dramatyczna. Delia ma około 90 proc. tzw. przeszyć w stosunku do całej produkcji i zaczynamy pracować na granicy lub poniżej kosztów własnych. Nikt jednak nie mógł przewidzieć takiego spadku marki — wyjaśnia Krzysztof Szadkowski, wiceprezes Delii z Zamościa.
Zakłady odzieżowe często nie mają możliwości wycofania się od razu z nieopłacalnej działalności. Kary nakładane za zerwanie zobowiązania byłyby wyższe niż straty spowodowane niekorzystnym kursem. Poziom rentowności przerobów jest oceniany w granicach 0,5 do 2 proc., podczas gdy przy produkcji własnej waha się od 5 do 5,8 proc.
Wielkie nazwiska
Szansą polskich zakładów odzieżowych jest zmiana sposobu świadczenia tych usług. Utrata zamówień producentów taniej odzieży masowej jest właściwie przesądzona. W Polsce rosną koszty produkcji, więc coraz atrakcyjniejsze stają się fabryki w krajach nadbałtyckich, na Ukrainie, w Bułgarii lub na Bałkanach. Do zagospodarowania pozostaje sektor odzieży z wyższej półki czy wręcz szycie autorskich kolekcji uznanych twórców mody. Taki klient poszukuje wysokiej jakości wykonania w kraju tańszym od państw Europy Zachodniej — takim, który daje poważne, logistyczne atuty. Polska ze swoimi tradycjami tekstylnymi i położeniem staje się więc naturalnym kandydatem na przejęcie tego rynku. Mogłoby to pomóc w rozwiązywaniu problemów bezrobocia, ponieważ stworzenie jednego miejsca pracy w tym sektorze ogranicza się do zakupu blatu i maszyny, często zaś tylko do pracy na drugą zmianę na posiadanym już sprzęcie.
Wielu przedstawicieli przemysłu tekstylnego sugerowało, że na polskim rynku najlepszy układ to taki, w którym przeszycia stanowią około 50 proc. produkcji, a reszta to kolekcja własna.
— W Corze Garwolin wciąż jeszcze mamy 80-proc. udział przerobu, ale będziemy starali się, aby wynosiło to docelowo pół na pół. Przeszycia zapewniają nam środki na konieczne inwestycje, ale tylko sprzedaż własnej kolekcji może przynieść zakładowi satysfakcjonujące zyski — podkreśla Mariusz Jesionek, wiceprezes zarządu Cory Garwolin.
Nie jest to jednak takie proste. Jeden z dużych producentów odzieży męskiej sugerował, że stworzenie własnej kolekcji, to w zależności od wielkości kolekcji, koszty rzędu 50-100 mln zł i to bez gwarancji zwrotu zainwestowanego kapitału.