Służy on zarówno do otwierania i kończenia szczytów szefów państw i rządów, jak i dyscyplinowania mówców przekraczających czas wystąpień. To wynalazek Hermana Van Rompuya, sprezentowany przez odchodzącego ze stanowiska Belga polskiemu następcy podczas krótkiej uroczystości w patio gmachu Justus Lipsius.

Nowy przewodniczący RE od razu zabrał się za przygotowania do szczytu zaplanowanego na 18-19 grudnia.
Wiele do myślenia daje obsada jego gabinetu. Spuśćmy zasłonę milczenia na powierzenie fikcyjnej funkcji Pawłowi Grasiowi — no trudno, widocznie bez tego wiernego sługi Donald Tusk zwyczajnie nie może żyć. Ale pozostali współpracownicy zabrani z Polski mają najwyższe kwalifikacje. Gabinet przewodniczącego trzyma w ręku były wiceminister Piotr Serafin, jeden z najwybitniejszych fachowców unijnych, główny twórca polskiego sukcesu w finale negocjacji perspektywy finansowej 2014–20.
Wielkie znaczenie ma rozbudowanie w nowej ekipie sektora energetycznego. Potwierdza to, że Donald Tusk dosyć szybko zamierza powrócić do przyblokowanego na wiosennym szczycie szefów państw i rządów jego pomysłu unii energetycznej. Jako przewodniczący RE ma możliwości działania niezrównanie większe niż jako jeden z 28 uczestników. Właśnie wdrożenie w praktyce idei unijnej solidarności energetycznej jest obszarem, w którym najłatwiej znaleźć odpowiedź na równie naiwne, co powszechnie stawiane pytanie: „No dobrze, poszedł do tej Brukseli i co tam zrobi dla Polski”.