Takie są wyniki naszej zeszłotygodniowej sondy internetowej. Wzięło w niej udział 1203 użytkowników Pb.pl. Aż 26 proc. (313 osób) jako główny powód powstawania korków wskazało złe rozwiązania powstających/remontowanych ulic. Zdaniem 23 proc. uczestników sondy (276 osób) powodem jest brak „zielonej fali” i innych automatycznych rozwiązań. Na trzecim miejscu w tym swoistym rankingu zjawisk „korkotwórczych” uplasowała się złośliwość kierowców. Co ciekawe, co dziesiąty uczestnik sondy uważa, że korki powoduje „Ten baran za mną i dureń przed mną” (nie pomyśleli jednak chyba, że być może tę samą opcję wybrał ten z tyłu i z przodu). A zdaniem 9 proc. (108 osób) korki powstają w miastach całego świata i nikt nie jest temu winien.
Korki są i lekarstwa na nie chyba nie ma. Nawet najlepsze systemy elektroniczne, nowoczesne drogi i obwodnice mogą tylko zminimalizować uciążliwość zatłoczonej miejskiej rzeczywistości. Według brytyjskiego serwisu KeepMoving.co.uk, średnia prędkość poruszania się po Warszawie w ciągu doby wynosi nieco ponad 25 km/h. Wśród 30 największych miast Europy wolniej jeździ się tylko po Londynie i Berlinie.
Tylko przez ostatnie cztery lata przybyło u nas 4 mln samochodów. Obwodnic przybywa dużo wolniej. Komisja Europejska szacuje, że uliczne korki kosztują państwa wspólnoty 1 proc. ich PKB (jeszcze w 2004 r. było to 0,5 proc. PKB). Oznacza to, że przeciętny Polak (uwzględniając dzieci oraz mieszkańców wsi i małych miast) traci z powodu korków około 300 zł rocznie. Rzeczywiste straty mieszkańców największych miast są liczone w tysiącach złotych.
Gorzej niż w Polsce i UE jest tylko w USA. W 85 największych amerykańskich miastach auta stoją w korkach przez prawie 4 mld godzin rocznie – wynika z badań przeprowadzonych przez Texas Transportation Institute. Statystyczny mieszkaniec Los Angeles, dojeżdżając do firmy, spędza za kierownicą tyle samo czasu, ile mógłby przepracować w… trzy miesiące.
Rozładowane miast jest zatem, a przynajmniej być powinno być, istotne z ekonomicznego punktu widzenia. Ale czy jest możliwe? Całkowicie na pewno nie. Można jednak kierowcom w cierpieniach ulżyć. Jak? Może tak, jak proponuje Janusz Korwin Mikke, kandydat na prezydenta Warszawy.
Po pierwsze – nie wolno wszczynać prac drogowych w dwudziestu miejscach naraz. Roboty nawet w jednym miejscu trzeba prowadzić intensywnie: odcinkami oddawanymi natychmiast do użytku. Po wtóre – prace muszą być prowadzone 24 godziny na dobę. W myśl zasady, że lepiej mieć jedną noc hałaśliwą niż przez dwa miesiące rozkopaną ulicę przed domem. Kolejny postulat: terminy muszą być dotrzymywane, a kary umowne za przekroczenie terminów bezlitośnie egzekwowane. Poza tym za zablokowanie jezdni, a nawet chodnika, podczas prac budowlano-remontowych przedsiębiorstwa będą musiały płacić. Dzięki tej zasadzie budowa Empire State Building odbywała się przy niezatrzymanym ruchu ulicznym. No i jeszcze jedno: za jezdnię płacą kierowcy. Jeśli ktoś inny – firma budowlana czy manifestanci – chce zająć jezdnię, musi za to zapłacić. Bez żadnych wyjątków.
Z kolei jeden z naszych internautów ma pomysł, by wjazd do centrum miasta był płatny (opłaty naliczane w oparciu o GPS). Można również otworzyć tzw. buspasy np. dla taksówek (te mogą ich używać jedynie w kilku miejscach) i aut, w których podróżują minimum cztery osoby.
Macie jeszcze jakieś pomysły?
Przez baranów tracimy tysiące
Korki w polskich miastach powstają dlatego, że powstające i remontowane ulice są źle zaprojektowane. Jednym z głównych powodów jest też brak automatycznych rozwiązań upłynniających ruch.