Przez nich latają puszki

Karol Jedliński
opublikowano: 06-05-2008, 00:00

Nie zamierzają być skromni. To, co robią, ma błyszczeć i błyszczy na mieście. Jutro debiutują na parkiecie.

Żadnego chowania pod dywan, w końcu chodzi o kampanie reklamowe z wykorzystaniem niestandardowych nośników. Branża zwie je ambientowymi. Przechodzień, który złapie haczyk, powie raczej: o, dmuchany potwór zwisający z wieżowca, obklejony autobus czy dzwonek na komórkę przesłany technologią blueetooth.

— Rynek takiej reklamy, wart około 100 mln zł, jest w Polsce dość rozdrobniony — przyznaje Krzysztof Przybyłowski, prezes CAM Media.

Wchodząc na giełdę, warszawska spółka szuka m.in. szansy na zmianę tej sytuacji. Z blisko 30 mln zł, jakie uzyska od inwestorów na GPW, 15 mln pójdzie na działania ofensywne. Tyle mają pochłonąć przejęcia firm z branży, tych z rocznymi obrotami rzędu od 2 do 10 mln zł. A pomyśleć, że cztery lata temu CAM Media zaczynały właśnie na tym poziomie. Na celowniku znajdą się biznesy, gdzie stawia się na nowoczesne technologie i interaktywność komunikacji marketingowej.

— Rośniemy szybko, a na rynku jest mnóstwo okazji do inwestowania. Nowe technologie to wciąż dziewiczy teren, ale też bardzo obiecujący — podkreśla Paweł Orłowski, członek zarządu spółki.

Rakieta Doktora

W zarządzie CAM Media, które w zeszłym roku zrealizowały ponad 240 projektów, zasiadają jeszcze dwie osoby. Paweł Orłowski, Krzysztof Przybyłowski i Adam Michalewicz wspólnie zakładali spółkę w 2004 r. Wszyscy znają się od lat. Dwóch wiceprezesów, Orłowski z Michalewiczem, nawet wychowywali się w tej samej miejscowości pod Warszawą. Prezes, z racji wykształcenia, naukowej kariery i dorobku, zwany Doktorem, toczy za to tenisowe boje z Pawłem Orłowskim.

— Zbyt dużo gemów nie jestem w stanie wygrać — przyznaje Krzysztof Przybyłowski.

Boje z Doktorem, tyle że naukowe, toczył kiedyś też Adam Michalewicz, którego pracę magisterską recenzował właśnie dr Przybyłowski. Obie strony wyszły na tym zwycięsko: potem wspólnie prowadzili firmę doradczą. Jeździli m.in. po Ukrainie z cyklem szkoleń dla tamtejszych naukowców. To niebagatelne doświadczenie w perspektywie otwarcia na dniach biura w Kijowie.

Na co dzień wszyscy trzej wspólnie okupują niewielki pokój w budynku na warszawskim Powiślu. Bez przepychu, sekretarek i bajerów. Za to kreatywnie, trochę jak w reklamie komórek Plusa. Nie wiadomo tylko, kto komu zmaluje „kopytko”. Podobno spotkać ich razem w biurze nie jest łatwo. Murarska trójka właścicieli podzieliła się pracą i wraz z zespołem bije rekordy. Wyniki pierwszego kwartału 2008 r. pokazują ponadstuprocentowy wzrost sprzedaży w stosunku do początku zeszłego roku. Ale strata jest.

— Zawsze przez pierwsze kilka miesięcy roku jesteśmy na minusie. Taka to sezonowa branża, najpierw inwestujemy w projekty, aby potem zarobić na ich realizacji — tłumaczy Paweł Orłowski.

Ostatnio do znudzenia kursuje do budynku giełdy. Papierki i procedury nie przerażają jednak tego byłego pracownika biura maklerskiego.

— Mamy dobry miks: moje procesy i logistyka, marketing i badania będące domeną Doktora i doświadczenie Pawła w kreacji i produkcji — uważa Adam Michalewicz.

Paweł Orłowski był niegdyś właścicielem agencji reklamowej Goldfinger. I to właśnie wokół niej zawiązały się dzisiejsze CAM Media.

— Sześć lat temu Goldfinger dostał zaproszenie do przetargu na obsługę części działań marketingowych Ery. Weszliśmy w to, naharowaliśmy się, ale wygraliśmy. Zdecydowaliśmy się połączyć siły — przyznaje Adam Michalewicz.

W smarze i w komórce

Początki: dużo pracy, dużo wyzwań i adrenaliny, jak to w branży. „Budujemy nowy dom” trwa zresztą do dziś. Dają radę. Konkurencja przyznaje, że choć pracuje równie ciężko, to w przetargach nie raz, nie dwa przegrywa. Być może nie mają tego czegoś, co ma trójka z CAM.

— Niejedną noc przesiedzieliśmy umorusani w smarze w zajezdni autobusowej decydując, jak i co przykleić —wspomina Adam Michalewicz.

CAM Media tłumów nie zatrudniają, na głowę biorą sobie teraz przede wszystkim organizację i kreację. Wkrótce team się powiększy, tak jak i CAM w kilkanaście miesięcy po debiucie. W prospekcie trzy miliony złotych spółka rezerwuje sobie na powiększenie siedziby. Pięć milionów złotych ma pochłonąć wprowadzanie nowych produktów. Wniosek: posiadacze komórek, komputerów i klienci centrów handlowych będą pod obstrzałem. Reklamowym. Przede wszystkim technologia SMS i MMS, czyli inwestycje w infrastrukturę informatyczną. Przyda się ona też przy uruchamianiu na szerszą skalę działań reklamowych opartych na bluetooth. Do tego nowe media internetowe, oparte na web 2.0. Wraz z firmami z rynku reklamy i mediów z Estonii, Finlandii, Irlandii i Ukrainy tworzą branżową społecznościową platformę komunikacyjną.

Na katedrze, w zajezdni

Najwięcej przychodów dla CAM przynoszą usługi typu transit advertising, czyli obklejane autobusy lub tramwaje. Usługa dostępna w miastach całej Polski.

— Chcemy też mocniej, z większą liczbą nośników, w tym interaktywnych, wejść do centrów handlowych — zakłada Adam Michalewicz.

No i Ukraina, jego konik. Po babce odziedziczył ukraińską krew. Ponoć czuje się tam jak w domu.

— Kuszący rynek, a do tego nam znany. Prowadziliśmy tam kilka kampanii.

Udanych. W końcu prezes CAM jest współautorem podręcznika „Marketing”. Pokaźna cegła, ponad siedemset stron, uważana za klasykę przedmiotu. W przypadku dr. Przybyłowskiego teoria skutecznie sprzęgła się z praktyką.

— Parcia na profesurę nie mam, ale jestem pracownikiem SGH na pełnym etacie, habilitację chciałbym zrobić. Jednak uczelnia ma swoje wymogi i jeśli ich nie spełnię, to nie powinienem mieć pretensji. Zrezygnowałem już z wykładów na programach MBA, chcę mieć czas w weekendy, żyć, relaksować się — zaznacza Doktor.

Czas przydaje się na tenis. Choć na co dzień prezes imponuje wiedzą i opanowaniem, to na korcie zaczyna się szaleństwo. Tak mówią ci, którzy widzieli, jak gra:

— Gra inteligentnie i chyba ta inteligenckość go tak kręci. Na co dzień pozostaje mu nie mniej pasjonująca walka o miejską przestrzeń. Tę wielkoformatową, w przejściach podziemnych czy na odwrocie biletów. Na deser jeszcze creme de la creme, czyli eventy. Latające puszki, niebieska wata cukrowa czy trzy tony pozwijanej imitacji taśmy filmowej. Ale jeśli wypad do zajezdni, to pewnie już w Kijowie. n

Raz Normanowie, raz Polacy

Kijów od zawsze lubił się z biznesem. Stolica Ukrainy, licząca 2,8 mln mieszkańców, powstała na początku V w. jako placówka handlowa na szlaku łączącym Konstantynopol ze Skandynawią. Stąd Normanowie spławiali towary i niewolników szlakiem greckim w dół Dniepru na Morze Czarne. Według starej legendy, nazwa miasta wywodzi się od imienia pierwszego legendarnego księcia ruskiego Kija. Naukowcy widzą w niej jednak raczej związek ze źródłosłowem kujaw, związanym z kuciem, co znajduje potwierdzenie w źródłach arabskich, nazywających Kijów Kujawią lub Kujabem. Z zabytków miasta poleca się Sobór Mądrości Bożej i Złotą Bramę (oba z XI w.). Szefów CAM Media być może bardziej zainteresują trzy linie tamtejszego metra

Kup pan język

CAM Media to magia obcojęzycznych nazw. Transit Advertisingobkleja autobusy i tramwaje, ambient solutions daje instalacje przestrzenne. Megaformat oznacza reklamę wielkopowierzchniową, event unlimited odpowiada za imprezy. Retail ticket spotyka się na biletach, a creative works — od kampanii wizerunkowych po projektowanie opakowań.

CAM Media podliczone

113

lat Tyle liczy w sumie zarząd firmy.

51

mln zł Tyle ma wynieść przychód CAM Media w tym roku.

6,45

mln zł Tyle zysku ma przynieść spółka.

Rodzice, matki i siostry

Dos Gardenias to nie tylko tytuł jednej z najbardziej znanych piosenek zespołu Buena Vista Social Club. Z uważnej lektury prospektu wynika, że to także kwiaciarnia należąca do rodziców Pawła Ostrowskiego. Ze zleceń od CAM Media, DOS Gardenias dostało kilkanaście zleceń na 20 tys. zł. Siostra wiceprezesa zarobiła ponad 160 tys. zł. Podobne kwoty za działania na rzecz CAM Media otrzymała siostra oraz bratowa Krzysztofa Przybyłowskiego. Zlecenia dla drugiej z sióstr prezesa, Agnieszki, nieznacznie przekroczyły 110 tys. zł. Siostra Adama Michałowicza dostała 86 tys. zł, za to matka wiceprezesa, prowadząca salon sztuki użytkowej, była stroną transakcji z CAM na 130 tys. zł.

Karol Jedliński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu