Długo trzeba szukać na internetowej stronie resortu finansów jakiejkolwiek wzmianki o tym, czym rzeczywiście ten resort i jego władze mają się zajmować. Nawet w dziale „statut” dowiadujemy się jedynie, że ministerstwo i minister mają zajmować się budżetem, finansami publicznymi i instytucjami finansowymi. Żadnej strategii, żadnej koncepcji, nic o celu, jaki resort chce osiągnąć, ani o drodze, jaką musi przebyć.
Piszę o tym dlatego, że roczny budżet resortu finansów wynosi milion złotych. Za te pieniądze urzędnicy mają przygotować i realizować DOBRE budżety, dbać o przejrzystość i właściwe wykorzystanie pieniędzy publicznych. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, jak cele te są realizowane.
Ministerstwo nie szczędzi jednak czasu, by zabawiać się w kotka i myszkę z dziennikarzami. Ot, taka fantazja urzędników. Pewnym wytłumaczeniem dla nich może być frustracja — skoro nie robimy tego, do czego jesteśmy powołani, to przynajmniej dobrze się bawmy. Zaradność godna pochwały. Ale — na Boga — nie za nasze pieniądze!
Wczoraj otrzymaliśmy w ministerstwie publikację zatytułowaną ”Czarna księga — przykłady nierzetelności”. Bez żadnego słowa komentarza resort publikuje w niej statystykę sprostowań, ich listę oraz treść poszczególnych płodów biura prasowego resortu. Jak rozumiem, przygotowanie publikacji było oczkiem w głowie szefa biura prasowego, a pewnie i samego ministra. Gratulujemy! Na pewno w ten sposób udało się obu panom lepiej wytłumaczyć społeczeństwu istotę działalności Ministerstwa Finansów (dla ułatwienia dodam, że zdanie to miało być z założenia sarkastyczne).
Nie wiem, na jakiej podstawie urzędnicy resortu finansów nazwali teksty moje i moich kolegów przykładami nierzetelności. Wiem natomiast, na jakiej podstawie mam prawo nazwać ich działalność marnotrawstwem. Co miesiąc miliony ludzi w naszym kraju oddają lwią część zarobionych uczciwie pieniędzy, by urzędnicy resortu finansów mogli dostatnio żyć. W zamian co roku dostajemy byle jakie budżety i nie spełniane obietnice reformy finansów publicznych... że o knotach w rodzaju abolicji podatkowej czy deklaracjach majątkowych nie wspomnę.
Różnica między nami jest taka, że po prostu głupio byłoby mi nazwać sponsorowanych przeze mnie urzędników darmozjadami. Więc tego nie robię. Pracownicy resortu finansów, niestety, takich hamulców nie mają.