Czytasz dzięki

Przypadki łódzkiego kolekcjonera akcji

opublikowano: 04-09-2020, 13:00
aktualizacja: 04-09-2020, 15:00

Tomasz Stamirowski, partner zarządzający funduszu Avallon, nie chciał robić na państwowym, wprawił się w restrukturyzacjach, a teraz w sercu Łodzi buduje silną instytucję finansową.

Wybór. Avallon Tomasza Stamirowsego miesięcznie analizuje około 20 projektów inwestycyjnych. Inwestuje jednak w nieliczne.

Większość spośród 45 funduszy należących do Polskiego Stowarzyszenia Inwestorów Kapitałowych jest sobie bardzo bliska przynajmniej pod jednym względem. Chodzi o ich adresy, bo siedziby mają zazwyczaj w szklanych biurowcach w centrum Warszawy. Są jednak nieliczne wyjątki, a chyba największym z nich jest fundusz Avallon MBO, którego biura mieszczą się w zabytkowej kamienicy przy alei Tadeusza Kościuszki w Łodzi, rzut beretem od Piotrkowskiej. To nie przypadek – to świadoma decyzja Tomasza Stamirowskiego, który stworzył fundusz i od prawie dwóch dekad nim zarządza.

Zobacz nową sekcję PB Po Godzinach »

– Łódź to moje miejsce. Tu się urodziłem, tu spędziłem dzieciństwo – jak zresztą praktycznie całe dotychczasowe życie. Wielu menedżerów mówi o budowaniu „kultury firmy”. Myślę, że nam w Avallonie udało się zbudować łódzką kulturę, jesteśmy związani z miastem, nie musimy mieć biura w wieżowcu w Warszawie, by być poważną instytucją finansową. Łódź jest też unikatowym miastem w Polsce pod względem historii i architektury, więc w wolnym czasie staram się tę pamięć kultywować – mówi Tomasz Stamirowski.

Excel nie wystarczy. Jako młody menedżer Tomasz Stamirowski m.in. negocjował z rolnikami w spółce, która zajmowała się przetwórstwem groszku. Dziś mówi, że to dzięki wyjściu zza biurka nauczył się patrzeć perspektywicznie.

Studenckie kontakty

Avallon to spory jak na krajowe warunki fundusz specjalizujący się w transakcjach MBO, czyli wykupach menedżerskich. Dotychczas pozyskał od inwestorów ponad 200 mln EUR. Ile zarobił  –  nie wiadomo, bo „pieniądze lubią ciszę”. Zarządzającego funduszem Tomasza Stamirowskiego do robienia pieniędzy w młodości jednak nie ciągnęło. Jak więc doszło do tego, że chłopak z Łodzi stał się jedną z najważniejszych postaci polskiej branży private equity? Historia jest długa.

–  W młodości zainteresowania miałem mocno humanistyczne, nawet maturę w 30. Liceum Ogólnokształcącym zdawałem z łaciny, co nieczęsto się zdarza. Interesowałem się językiem francuskim, więc złożyłem papiery na filologię francuską – egzaminy zdałem, ale się nie dostałem. Zmieniłem wtedy plany, przeczekałem rok, mocno wziąłem się za matematykę i zdałem egzamin na handel zagraniczny na Uniwersytecie Łódzkim. Był to chyba najbardziej prestiżowy kierunek na uczelni  –  wspomina Tomasz Stamirowski.

Te studia dawały wtedy dobre przygotowanie ekonomiczne z jednoczesnym dużym naciskiem na języki obce.

– To był czas przełomu i oczywiście miałem jeszcze takie kobyły, jak socjalizm. Na egzaminie profesor mnie podsumował, że „myśleć, to pan myśli, ale co Marks powiedział, to pan nie wie”. Uczyłem się jednak rzeczy z jednej strony dających szersze spojrzenie, a z drugiej pragmatycznych, lecz przede wszystkim nawiązałem kontakty ze świetnymi ludźmi w bardzo aktywnym wówczas środowisku studenckim – twierdzi Tomasz Stamirowski.

Francuskie zderzenie

Pod koniec studiów przyszły menedżer na rok przeniósł się do francuskiego Grenoble, by tam zrobić dyplom.

– Francja zawsze mnie fascynowała: jej kultura, literatura, piosenki, bohema. Jeszcze przed studiami w Grenoble pojechałem do niej kilka razy i oczywiście szok gospodarczo-kulturowy był duży. O tym, żeby licealista z Łodzi usiadł sobie w kawiarni przy paryskim bulwarze i wypił kawę, podczas pierwszej podróży mogłem tylko pomarzyć, ale mogłem postać z plecakiem pod wieżą Eiffla. W Grenoble miałem już konkretny plan, nie pojechałem tam, by spędzić rok we Francji, lecz po to, by zrobić dyplom z zarządzania – wspomina Tomasz Stamirowski.

Jest początek lat 90., chłopak z Łodzi kończy studia we Francji  i wraca do rodzinnego miasta. Nie lepiej było zostać?

– Prawdę mówiąc, byłem zszokowany ambicjami francuskich kolegów ze studiów – bo dla nich wymarzonym życiem była praca w którejś z państwowych firm, czego kompletnie nie rozumiałem. Napisałem co prawda pracę magisterską o organizacji poczty francuskiej, ale  taka ścieżka kariery w ogóle mnie nie interesowała, chciałem robić rzeczy ciekawsze – a w Polsce rozkręcał się wolny rynek i ciekawych okazji nie brakowało. Wróciłem, zrobiłem polski dyplom i praktycznie z marszu zacząłem pracę. Wspinałem się po szczeblach kariery – przez menedżera do właściciela – tak samo, jak menedżerowie, z którymi teraz wspólnie inwestujemy – mówi Tomasz Stamirowski.

Mój gród to Łódź. Tomasz Stamirowski podobnie jak Julian Tuwim jest mocno związany z Łodzią i podkreśla, że nie trzeba mieć biura w warszawskim wieżowcu, żeby zarządzać w Polsce poważną instytucją finansową.

Bankowy start

Na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną przyszły twórca Avallonu poszedł do Polskiego Banku Gospodarczego.

– W PBG w Łodzi Sławomir Lachowski, przyszły twórca mBanku, organizował wtedy ekipę młodych menedżerów, którzy mieli zająć się m.in. restrukturyzacjami. Teraz oczywiście nie ma szans, by zaraz po studiach uczestniczyć w tak dużych projektach – i to jeszcze z jakimiś kompetencjami decyzyjnymi, ale czasy były inne – wspomina menedżer.

Bank zajmował się wtedy m.in. restrukturyzacją praktycznie całego łódzkiego przemysłu tekstylnego.

– To były zatrudniające wiele tysięcy osób firmy, które po przełomie straciły rynki wschodnie, a nie miały produktów, z którymi mogłyby powalczyć o rynki zachodnie. Strategicznie nie było szans na uratowanie tego w starej formie, ale mogłem uczestniczyć w ich przekształcaniu – i realizować inne ciekawe case’y biznesowe nie tylko dla firm państwowych, ale też prywatnych, takie jak choćby restrukturyzacja pierwszego McDonalda w Polsce. To było świetne wprowadzenie do procesów MBO już z poziomu zarządzania funduszem – uważa Tomasz Stamirowski.

Szkoła życia

W 1994 r. bank stworzył fundusz do zarządzania restruktyzowanymi spółkami, a Tomasz Stamirowski znalazł się w jego zarządzie. Angażował się też w bezpośrednie kierowanie firmami.

– Przez rok byłem delegowany z rady nadzorczej do kierownictwa spółki Tolkmicko spod Elbląga, która zajmowała się przetwórstwem warzyw, przede wszystkim groszku. To była szkoła życia, bo finanse to nie są papierki, ale też ludzie, więc zajmowałem się m.in. negocjacjami z rolnikami. To mi jasno pokazało, jak wiele firma może znaczyć dla lokalnej społeczności – i że ruszenie się zza biurka daje inną, właściwą perspektywę, niedostępną z poziomu suchego Excela – mówi Tomasz Stamirowski.

Z bankowym funduszem menedżer był związany do 2001 r.

– Poprawialiśmy funkcjonowanie spółek i znajdowaliśmy dla nich inwestorów. Myślę, że mieliśmy całkiem dobre wyniki i opinie, planowaliśmy też budowę większej grupy inwestycyjnej. Później jednak PBG stał się częścią Pekao, Pekao zostało przejęte przez Unicredit, a Unicredit w Mediolanie uznał, że takiego funduszu nie potrzebuje. Osobiście to przeżyłem, takie zderzenie z rzeczywistością, w której gdzieś daleko na górze jest właściciel, mający inne plany – wspomina Tomasz Stamirowski.

Prywatne początki

19 lat temu menedżer postanowił więc przejść na swoje. Takie były początki Avallonu.

– Byłem i jestem przekonany, że działalność inwestycyjna to najlepsza praca, jaka może być. Człowiek nie jest zaszufladkowany w jednej branży, styka się z różnymi firmami i ludźmi. Chciałem robić coś, co robiłem wcześniej, ale już bez ryzyka, że przyjdzie zachodni właściciel i powie, że inwestowanie w Polsce już go nie interesuje, a interesuje go np. Rosja. Postanowiłem docelowo inwestować wspólnie z menedżerami na warunkach bliskiej, bezpośredniej współpracy i pełnego zaufania w procesie MBO – mówi partner zarządzający Avallonu.

Początki nie były łatwe. Pierwszą siedzibą firmy było mieszkanie Tomasza Stamirowskiego.

– Na początku pracowaliśmy jako doradcy. W 2004 r. zaczęliśmy inwestować własne pieniądze w partnerstwie z firmą rodzinną TiM z Bielska-Białej, zajmującą się z dużymi sukcesami dystrybucją wina. Blisko współpracowaliśmy przez 12 lat i zrobiliśmy świetne rzeczy, nigdy nie było problemów z podejściem do pieniędzy ani z zaufaniem. Naszą największą inwestycją była giełdowa Zetkama, na której zarobiliśmy wielokrotnie – wychodziliśmy z niej, gdy miała kapitalizację rzędu 800 mln zł – opowiada Tomasz Stamirowski.

Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
×
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Nasz telefon kontaktowy to: +48 22 333 99 99. Nasz adres e-mail to: rodo@bonnier.pl. W naszej spółce mamy powołanego Inspektora Ochrony Danych, adres korespondencyjny: ul. Ludwika Narbutta 22 lok. 23, 02-541 Warszawa, e-mail: iod@bonnier.pl. Będziemy przetwarzać Pani/a dane osobowe by wysyłać do Pani/a nasze newslettery. Podstawą prawną przetwarzania będzie wyrażona przez Panią/Pana zgoda oraz nasz „prawnie uzasadniony interes”, który mamy w tym by przedstawiać Pani/u, jako naszemu klientowi, inne nasze oferty. Jeśli to będzie konieczne byśmy mogli wykonywać nasze usługi, Pani/a dane osobowe będą mogły być przekazywane następującym grupom osób: 1) naszym pracownikom lub współpracownikom na podstawie odrębnego upoważnienia, 2) podmiotom, którym zlecimy wykonywanie czynności przetwarzania danych, 3) innym odbiorcom np. kurierom, spółkom z naszej grupy kapitałowej, urzędom skarbowym. Pani/a dane osobowe będą przetwarzane do czasu wycofania wyrażonej zgody. Ma Pani/Pan prawo do: 1) żądania dostępu do treści danych osobowych, 2) ich sprostowania, 3) usunięcia, 4) ograniczenia przetwarzania, 5) przenoszenia danych, 6) wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania oraz 7) cofnięcia zgody (w przypadku jej wcześniejszego wyrażenia) w dowolnym momencie, a także 8) wniesienia skargi do organu nadzorczego (Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych). Podanie danych osobowych warunkuje zapisanie się na newsletter. Jest dobrowolne, ale ich niepodanie wykluczy możliwość świadczenia usługi. Pani/Pana dane osobowe mogą być przetwarzane w sposób zautomatyzowany, w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie się odbywało przy wykorzystaniu adekwatnych, statystycznych procedur. Celem takiego przetwarzania będzie wyłącznie optymalizacja kierowanej do Pani/Pana oferty naszych produktów lub usług.

Formalnie finansowanie pierwszego funduszu Avallonu zamknięto w 2007 r. Zebrano wtedy 50 mln EUR od inwestorów zagranicznych.

– Zdobycie ich zaufania nie było łatwe, nie ma zresztą wielu przykładów funduszy tworzonych tylko przez polskich menedżerów, które zebrały takie pieniądze bez zaplecza w postaci zagranicznych menedżerów czy dużej instytucji. Spędziliśmy na zbieraniu funduszu prawie dwa lata i ruszyliśmy tuż przed kryzysem finansowym. Pierwsze inwestycje robiliśmy na górce, pod koniec cyklu koniunkturalnego, więc początki były bardzo trudne – choćby w przypadku Zetkamy, której przychody spadły o 50 proc. Presja była duża, zaangażowałem w to dużo własnych pieniędzy, więc kluczowa była ciągła wiara w to, że pomysł jest dobry, że partnerami są właściwi, mocni menedżerowie i że jesteśmy w stanie sobie poradzić – twierdzi Tomasz Stamirowski.

Nowy początek. Avallon kończy zbierać trzeci fundusz, który ma mieć do dyspozycji około 120 mln EUR. W jego ramach już zaczął inwestować, choć pandemia lekko wyhamowała realizację projektów.

Korzystanie z okazji

Przez portfel Avallonu przewinęło się dotąd ponad 20 spółek, a zarządzający funduszem w różnych rolach – jako inwestorzy i doradcy – uczestniczyli w ponad 100 wykupach menedżerskich. 

– Analizujemy miesięcznie około 20 spółek, czyli 240 rocznie. Wykorzystujemy nasze kontakty: właściciele i menedżerowie nas znają, praktycznie nie ma tygodnia, żeby ktoś nie zadzwonił i nie zasugerował inwestycji. Korzystamy też oczywiście z usług doradców. Mamy dużo firm produkcyjnych z różnych branż, wchodziliśmy m.in. w sektor ochrony zdrowia i produkcji spożywczej – najważniejsze jest to, czy mamy sensowną ścieżkę rozwoju firmy oraz odpowiednich partnerów –menedżerów, z którymi w roli współwłaścicieli możemy rozbudowywać biznes – mówi Tomasz Stamirowski.

Czasem ta ścieżka jest długa. Tak było np. w przypadku łódzkiego producenta sprzętu rehabilitacyjnego Medort, w który zainwestowano w 2007 r. Firmę, działającą już pod szyldem Meyra, sprzedano jesienią ubiegłego roku amerykańskiemu funduszowi H.I.G. Capital.

– Kupowaliśmy niedużą firmę rodzinną. Gdy ją już odpowiednio rozwinęliśmy i kończył nam się horyzont inwestycyjny, syn założyciela przyszedł i powiedział, że jest okazja, by wykorzystać sytuację pokryzysową i przejąć dużego producenta z Niemiec. Przekonał nas, dlatego inwestycja się wydłużyła. Rozwinięcie łódzkiej spółki z 30 do 300 mln zł obrotów to było świetne doświadczenie – uważa Tomasz Stamirowski.

Drugi fundusz Avallon zebrał w 2012 r. – dostał wtedy do dyspozycji 109 mln EUR. Trzeci zamyka teraz. Pozyskał już ponad 80 mln EUR, a celuje jeszcze w kolejne 50 mln EUR.

– W branży private equity wciąż dominują inwestorzy zagraniczni: w drugim funduszu jedyną polską instytucją było BGK, a teraz takie finansowanie zapewnia PFR. To zdecydowanie za mało, co w dużej mierze wynika z regulacji – priorytetem np. dla funduszy emerytalnych są inwestycje na rynku giełdowym, tymczasem zyski polskich funduszy private equity w dużej części płyną do funduszy emerytalnych z innych krajów – mówi Tomasz Stamirowski.

Kolekcjonerska pasja

Gdy ma się własny fundusz i co miesiąc trzeba angażować się w działalność operacyjną kilkunastu spółek oraz analizować dziesiątki propozycji, łatwo popaść w pracoholizm. Jak tego uniknąć?

– To jest dla mnie trudne pytanie. Zwyczajnie interesuję się tym, co robię, więc po godzinach wolę poczytać o kolejnej firmie, niż np. oglądać telewizję. Traktuję to jako intelektualną rozrywkę, nie jako pracę. Równowagę oczywiście trzeba zachować, choć przyznaję, że spędzam dużo czasu pracując, ale lubię to – twierdzi Tomasz Stamirowski.

Jedną z pozapracowych pasji jest kolekcjonowanie akcji. Nie chodzi tu jednak o kupowanie firm, tylko o cenne dokumenty przedwojennych spółek.

– Jestem członkiem Stowarzyszenia Kolekcjonerów Papierów Wartościowych, któremu świetnie przewodzi Leszek Koziorowski. Myślę, że mam obecnie największą kolekcję akcji łódzkich spółek w Polsce – przyznaje biznesmen. 

Przed wojną w samej Łodzi było 186 spółek akcyjnych.

– To jest fantastyczna historia przemysłowa. Wiele czasu spędziłem, jeżdżąc do nestora polskich kolekcjonerów i namawiając go, by sprzedał mi akcje poszczególnych spółek. Mam parę unikatów, ale zebranie walorów wszystkich jest praktycznie nierealne – mniej niż połowę można znaleźć na rynku. Jestem też w biznesowym Stowarzyszeniu Miłośników Łodzi. Wielu jego członków nabyło pofabryczne nieruchomości i dało im nowe życie – mówi Tomasz Stamirowski. 

Widzewskie serce

Drugą z pozapracowych rozrywek jest sport. W młodości przyszły inwestor intensywnie uprawiał lekkoatletykę – i osiągał sukcesy.

– Byłem przygotowany wszechstronnie. Zdobyłem w kategoriach młodzieżowych mistrzostwo Polski na 60 m, na 200 m i w skoku w dal, a zakończyłem karierę, biegając 400 m, które było moim koronnym dystansem. Byłem w kadrze Polski juniorów w sztafecie na 400 m, więc zawsze z dużym sentymentem oglądam rywalizację sztafet i sukcesy Polaków. Przydarzyła mi się jednak poważna kontuzja, czasy były specyficzne, bo kończyły się lata 80., więc poszedłem na studia. Teraz sport uprawiam głównie na siłowni – przyznaje menedżer.

Od najmłodszych lat sport był dla Tomasza Stamirowskiego ważny także z perspektywy kibica.

– Wychowałem się w Śródmieściu, czyli na styku terytoriów dwóch klubów piłkarskich, więc otoczenie było dość intensywne. W moim sercu zawsze był Widzew, na pierwsze mecze chodziłem pod koniec lat 70, gdy miałem 10-11 lat. Potem miałem niezapomnianą przyjemność oglądania na żywo walki Widzewa z Liverpoolem, a potem z Juventusem, z dzisiejszej perspektywy dość abstrakcyjną, bo trudno sobie wyobrazić polski klub awansujący do półfinału Ligi Mistrzów – wspomina Tomasz Stamirowski.

Pasja kibicowska z dzieciństwa nie wygasła. Dlatego menedżer zaangażował się w podnoszenie z kolan wielkiego Widzewa.

– XXI wiek to nie jest dla klubu pasmo sukcesów – przeżył dwie upadłości i walczy o powrót do Ekstraklasy. Działam aktywnie w Stowarzyszeniu RTS Widzew. Dołączyłem do niego, by pomóc w rozmowach z Murapolem, który miał być strategicznym inwestorem. Odpowiednie ustrukturyzowanie umów było potrzebne, by zabezpieczyć interes klubu – jak się tego nie robi we właściwy sposób, to można wylądować w takiej sytuacji, jaką przeżyła Wisła Kraków. Dla mnie aktywność w Widzewie jest oczywiście zderzeniem z innymi realiami, jednak tak w biznesie, jak i w klubie trzeba wykonać olbrzymią i systematyczną pracę u podstaw, nim przyjdą efekty. Klubowi mocno kibicuję i moim marzeniem jest, by Widzew wrócił tam, gdzie jego miejsce – czyli nie tylko awansował do Ekstraklasy, ale bił się o najważniejsze trofea i był dobrze zorganizowanym klubem z silnymi wartościami – sumuje Tomasz Stamirowski.

Zdjęcia: Krzysztof Jarczewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane