Przypomnienia i prognozy

Aleksander Krawczuk
opublikowano: 2010-11-26 00:00

Jako historyk starożytności uważam za swój podstawowy obowiązek przypominanie, jak bardzo tamten świat, pozornie tak odległy, jest wciąż bliski, żywy, obecny. Znakomitą po temu okazję stanowi zawsze początek nowego roku.

Za każdym razem stajemy przed pytaniem: dlaczego to właśnie 1 stycznia jest dniem tak niezwykłym? Co go wyróżnia astronomicznie lub religijnie? Niewielu się nad tym zastanawia. Przyjmujemy to jako fakt oczywisty, uświęcony przez tradycję. Odpowiedź zaś jest zaskakująco prosta, właśnie starożytna. Toteż — za co przepraszam — wykorzystuję tę sposobność nieustannie od lat. Oto więc tajemnica 1 stycznia: wtedy obejmowali swój urząd konsulowie rzymscy, w czasach republiki jej najwyżsi urzędnicy i wodzowie. Formalnie urząd ów, a więc i związane z nim ceremonie, funkcjonował również w czasach cesarstwa. Przez 12 miesięcy wszystkie dokumenty prawne, publiczne i prywatne datowano nazwiskami urzędujących dwóch konsulów. Nie było zwyczaju liczenia lat od jakiegoś wydarzenia. Tylko historycy podawali: to stało się w tym roku kolejnej olimpiady — lub w tym roku od założenia miasta.

Pozostałości świątyni Saturna, Forum Romanum, Rzym
Pozostałości świątyni Saturna, Forum Romanum, Rzym
None
None

 

Tak więc, wkraczając w nowy rok, jesteśmy po prostu Rzymianami. Przynajmniej pod tym względem. Liczymy dziś jednak lata od umownego roku przyjścia na świat Chrystusa. Umownego, w istocie bowiem Jezus musiał się urodzić o kilka lat wcześniej, jeszcze za życia Heroda Wielkiego. Tak więc rok 2010 powinien być liczony jako co najmniej rok 2015. Starożytni uczeni chrześcijańscy po prostu się pomylili. Nie ma to w praktyce żadnego znaczenia, lecz wiedzieć warto. Choćby dlatego, by nie traktować poważnie wszystkich milenijnych przepowiedni i niepokojów.

Zanim jednak wkroczymy w nowy rok, czekają nas radosne, rodzinne święta Bożego Narodzenia. Dzień 25 grudnia. Tym razem to data astronomicznie ważna. Słońce zwycięża. I właśnie dlatego Kościół rzymski w IV wieku wyznaczył ten dzień na święto Narodzin Pańskich. W ten sposób dokonano chrystianizacji bardzo popularnego w cesarstwie rzymskim święta Słońca Niezwyciężonego.

Nie dość na tym. Schyłkowe dni grudnia obchodzono jako rodzinne Saturnalia. Ku czci boga Saturna i szczęsnej epoki jego panowania. A także dni odpoczynku po ciężkich pracach rolnych. Zbiory już w domu. Czas zabaw, przyjęć, wzajemnego składania sobie podarunków. Właśnie tak jak i my to obecnie czynimy. Rzymski świat i obyczaj trwa pod zmienioną nazwą. W moim odczuciu to coś bardzo pięknego. Zmienia się wszystko wokół. Imperia, państwa, ustroje, języki, technika, religie — a proste rodzinne tradycje, zwyczaje, wierzenia żyją w istocie takie same.

 

Tyle sympatycznych i ważnych wspomnień starożytnych. Skoro jednak mamy wkroczyć w rok nowy, wypada zastanowić się nad przyszłością. Jakie mamy nadzieje, jakie obawy? Żegnamy rok 2010 bez wielkiego żalu. Obfitował w życiu publicznym w wydarzenia smutne, tragiczne. Oczywiście, nie potrafimy przewidzieć wydarzeń konkretnych, jakie przyniesie przyszłość. Możemy jednak dostrzec na podstawie faktów już znanych przynajmniej ogólne zarysy tego, co niemal na pewno stanie się w życiu społecznym.

Ukazał się "Mały Rocznik Statystyczny Polski — 2010". Kopalnia informacji ze wszystkich dziedzin życia. Same liczby — a z nimi się nie dyskutuje. Jest nas obecnie 38 milionów 92 tysiące. Za pięć lat będzie nas mniej o 80 tysięcy, a za 10, czyli w roku 2020, już o ćwierć miliona! I w latach następnych ubytki coraz większe, w szybszym tempie. A jeszcze w latach 80. przyjmowano, że w początkach tego wieku Polska, mając 45 milionów mieszkańców, dorówna Hiszpanii!

Przewinęła się przez media informacja o nieuchronnych zagrożeniach energetycznych. Od ponad dwudziestu lat nie inwestujemy ani w elektrownie, ani w modernizację linii przesyłowych, muszą więc wystąpić poważne zakłócenia w dostawach prądu już za lat kilka. To równie nieuniknione jak katastrofa demograficzna.

Nie zauważyłem jednak, by problem ten był szerzej i poważnie dyskutowany. Wrzawa wokół bieżących wydarzeń zakłóca wszystko. Mord popełniony przez szaleńca, pijani kierowcy, ochrona dla polityków, agresywne i obraźliwe wypowiedzi — tym żyją media. A także kwestią, gdzie umieścić krzyż z Krakowskiego Przedmieścia. Któż więc ma się martwić, co się stanie z naszą energetyką już niedługo, skoro mamy na głowie tyle spraw zasadniczych?

 

I wreszcie problem trzeci. Wyczerpują się zasoby majątku państwowego podlegające prywatyzacji. A przecież to jedno z ważnych źródeł ratowania budżetu. Gdybyż to na tym kończyła się lista przyszłych zagrożeń! Wystarczy wspomnieć o służbie zdrowia. A przede wszystkim o zadłużeniu państwa, wewnętrznym i zewnętrznym. Żyjemy na kredyt. Jak długo jeszcze?

Trzeba więc postawić pytanie zasadnicze. Dlaczego, jakim sposobem narosło w ciągu zaledwie dwudziestu lat tyle groźnych problemów? Dlaczego się o nich nie dyskutuje z należną powagą? Dlaczego panuje zmowa milczenia — zarówno rządu, polityków, jak i mediów?

Odpowiedź jest prosta. Nikomu nie opłaca się poruszać spraw tak drażliwych. Każdy kolejny rząd, niezależnie od swej barwy, musi myśleć o najbliższych wyborach. Opozycja też nie może podnosić problemów, z którymi sobie nie poradzi. Odsuwa się więc z roku na rok wszystko, co może niepokoić wyborców, a co nie przyniesie doraźnej popularności. A media żyją tylko bieżącymi sensacjami. To naturalne. Piana codzienności przesłania dalsze perspektywy. Takie są koszty demokracji.

Za kilka miesięcy wejdę, jeśli bogowie pozwolą, w 90. rok życia. Mógłbym więc z całkowitą obojętnością odnosić się do wszystkich wymienionych prognoz i zagrożeń. Mnie to już nie dotyczy. Mam jednak troje wnucząt. Martwię się o ich przyszłość. Zdumiewa mnie, że ani politycy, ani media nie mają odwagi mówić o sprawach prawdziwie ważnych. Ilu przywódców partii, ilu dziennikarzy bierze do rąk rocznik statystyczny? Kto ma odwagę zadać proste pytanie: dlaczego w roku 1990 zatrzymał się przyrost naturalny naszego społeczeństwa? Ewentualna odpowiedź byłaby na pewno taka: tak się dzieje we wszystkich społeczeństwach bogatych. Nie jest to do końca prawdą. I są też inne, znacznie głębsze przyczyny tej demograficznej zapaści.

 

Aby jednak zakończyć te przedświąteczne i przednoworoczne rozważania nieco pogodniejszym akcentem, znowu przypomnienie starożytne. Dokładnie 2000 lat temu, a więc w roku 10 n.e. — czyli 763 od założenia Rzymu — Tyberiusz, adoptowany syn cesarza Augusta, otworzył rozbudowaną świątynię Zgody (Concordia) na Forum Romanum. Powstała w roku 366 p.n.e. jako symbol pojednania skłóconych stanów — patrycjuszy i plebejuszy. Dziś wszyscy w naszym kraju nawołują do zgody. I to w duchu najwznioślejszych przykazań. Czy jednak chrześcijańskie społeczeństwo stać będzie na to, na co wieki temu zdobyli się poganie? Nie chodzi oczywiście o budowę nowej świątyni — mamy ich dosyć — lecz o prawdziwe zaprzestanie zimnej wojny domowej. Mam wątpliwości. Chyba nadal będziemy zajmowali się głównie rozdrapywaniem dawnych ran i wysuwaniem absurdalnych oskarżeń. A wielkie problemy będą czekały. l