W górę:
Piotr Woźniak-Starak
Przez lata żył w cieniu ojca Jerzego Staraka, właściciela imperium Polpharmy. W odróżnieniu od dzieci innych potentatów ze szczytu listy najbogatszych Polaków nie przejmował jednak sterów rodzinnej firmy, lecz skręcił w zupełnie inną stronę. Odkrył w sobie powołanie filmowe, co hermetyczne środowisko potwierdziło, powierzając mu stopniowo coraz bardziej odpowiedzialne funkcje. Zachęcony postanowił skoczyć na najgłębszą wodę i został producentem. Na rozruch oczywiście konieczne były pieniądze familijne, ale później młody Starak stanął już na własnych nogach. Film „Bogowie” o początkach kariery Zbigniewa Religi, który jeszcze w PRL dokonał pierwszego przeszczepu serca, okazał się zdecydowanym triumfatorem tegorocznego Festiwalu Filmowego w Gdyni. Zgodnie z krajową tradycją na liście zdobywców festiwalowych Złotych Lwów obok tytułów filmów przechodzą do kronik reżyserzy, czyli Łukasz Palkowski. Realia biznesowe kategorię „najlepszy film” przypisują jednak producentowi nie tylko w Hollywood, lecz i w Polsce — a na czele konsorcjum, które sfinansowało „Bogów”, stała spółka Watchout Productions założona przez Piotra Woźniaka-Staraka.
Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel
Ponad piętnaście lat spędziła w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK), będąc przez sześć ostatnich lat jego prezesem. Kilka razy nie zgadzała się na różne posunięcia rządowe, w końcu została odwołana przez premiera Donalda Tuska w lutym 2014 r. Po niedługim odpoczynku doskonale odnalazła się na rynku, zakładając z amerykańską wspólniczką kancelarię prawną, świadczącą biznesowi usługi w sprawach… antymonopolowych. W tym sektorze chyba nie znajdzie się w Polsce prawnika z lepszymi kwalifikacjami. Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel poszła rynkowym szlakiem przetartym przez poprzednich prezesów UOKiK, a także ministrów i wiceministrów finansów. Byli wysocy funkcjonariusze po odejściu ze stanowisk wykorzystują specjalistyczną wiedzę i sprzedają ją za pieniądze nieporównywalnie większe niż otrzymywali na posadach państwowych.
W dół:
Radosław Sikorski
Działania antykryzysowe są odrębnym działem public relations. Jedne firmy pogrążają się, nie umiejąc ich prowadzić, inne natomiast minimalizują straty i wychodzą z głębokich dołów. W odniesieniu do tych kanonów wpadka Radosława Sikorskiego to przypadek kuriozalny. Niedawno został marszałkiem Sejmu, czyli konstytucyjnie drugą osobą w państwie. Po kilkunastu dniach wpakował sam siebie, bez powodu i niczyjego wrażego podszeptu, w głęboki kryzys wizerunkowy. Stwierdził w wypowiedzi dla amerykańskiego portalu, że prezydent Władimir Putin już podczas wizyty Donalda Tuska w Moskwie w 2008 r. wspomniał naszemu premierowi o wspólnym podziale Ukrainy. Była to naturalnie wiadomość poruszająca opinię publiczną. Wszystko, co marszałek robił po opublikowaniu jego rewelacji, przeszło do podręczników działań nie anty-, lecz głęboko prokryzysowych. Najpierw uciekł przed dziennikarzami, potem zebrał nienotowane w dziejach III RP na tym poziomie władzy publiczne cięgi od premier Ewy Kopacz, wreszcie zaprzeczył… samemu sobie, twierdząc, że wszystko co mówił poprzednio — mu się pomyliło. Brnął jednak dalej stwierdzeniem, że „w Moskwie nie było dwustronnego spotkania premier Tusk — prezydent Putin”, co każdy normalny słuchacz zrozumiał, że się w ogóle nie widzieli — a przecież zachowały się zdjęcia i nagrania. Zdumiewające niszczenie własnej wiarygodności spowodowało, że w szerokiej opinii publicznej i na okładkach tabloidów marszałek doczekał się określeń, których wręcz nie wypada cytować.
Sprostowanie
W poprzednim „PB Weekendzie” notatka w tym miejscu dotycząca mieszczącego się na jednej stronie i obejmującego osiem punktów rozporządzenia Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT) w sprawie transmisji sportowych zawierała zdanie: „Organ kierowany przez Jana Dworaka strawił aż trzy lata na analizowaniu i konsultowaniu rozporządzenia (...)”. KRRiT nadesłała sprostowanie: „Prawdą jest, że prace nad listą ważnych wydarzeń w KRRiT trwają od października 2012 r., czyli niepełne dwa lata”.
Sukces:
Klimatyczna kwadratura koła rozwiązana
Unia Europejska w swoim stylu rzutem na taśmę uzgodniła trudny kompromis klimatyczny. Szczyt szefów państw i rządów 23-24 października był ostatnim zarówno dla José Manuela Barroso, przewodniczącego Komisji Europejskiej, jak i Hermana Van Rompuya, przewodniczącego Rady Europejskiej. Obaj bardzo silnie naciskali na ogłoszenie sukcesu wieńczącego ich kadencje. Z kolei premier Ewa Kopacz była nowicjuszką, ale paradoksalnie okazało się to okolicznością sprzyjającą. Pojechała z mocnym nastawieniem trwania w oporze, z zawetowaniem włącznie, gdyby warunki finansowe okazały się dla Polski niekorzystne. A ponieważ przywódcy największych państw poznali nową polską koleżankę bardzo niedawno i nie bardzo wiedzieli, czy to tylko na niby, czy na poważnie — zatem w kilku ważnych szczegółach ustąpili. UE jako całość ma ograniczyć emisję dwutlenku węgla o co najmniej 40 proc. do 2030 r. w stosunku do 1990 r., ale kraje oparte na energetyce węglowej, czyli takie jak Polska, zostaną mniej obciążone kosztami ambitnej polityki klimatycznej. Udział źródeł odnawialnych w całkowitym zużyciu energii elektrycznej wyniesie w 2030 r. co najmniej 27 proc., ale na poziomie całej UE, a nie w każdym państwie członkowskim. Co najważniejsze — nadal będzie można przekazywać elektrowniom darmowe pozwolenia na emisję dwutlenku węgla do 2030 r. Bez takiej klauzuli byłoby trudno powstrzymać podwyżkę cen energii elektrycznej w Polsce. I jeszcze jedno — wszystkie decyzje dotyczące ram polityki klimatycznej mają być podejmowane na kolejnych szczytach jednomyślnie.
Porażka:
Czarna strona polskiej energetyki węglowej
Dramat górników kopalni Mysłowice-Wesoła, którzy zginęli lub zostali ciężko poparzeni w wybuchu metanu, to czarna strona naszego górnictwa, a więc i energetyki węglowej. Z pokładów metanowych pochodzą aż cztery na pięć ton wydobytego w Polsce węgla! Po wybuchu w Mysłowicach wyższy nadzór jak zwykle zrzuca przyczyny na nieprzewidywalną naturę i przedstawia dokumentację, z której wynika, że wszystkie pomiary metanu były w porządku. Prawda górników dołowych jest zupełnie inna — twierdzą, że w pogoni za wydobyciem węgla za wszelką cenę pomiary są regularnie fałszowane. Dla ekonomicznych interesów kopalni każde zatrzymanie eksploatacji to wymierne straty. Bardzo często staje się koniecznością, gdy stężenia metanu przekraczającego normę nie da się już nijak zaklajstrować. W dramatycznej sytuacji finansowej górnictwa naturalnym postępowaniem władz węglowych spółek i poszczególnych kopalń jest zatem dążenie do ograniczania przestojów — kosztem narażania ludzi na śmierć.