Puste obietnice koalicji

Grzegorz Nawacki, Jarosław Królak
opublikowano: 2008-08-27 00:00

Każdy będzie mógł swobodnie dysponować kapitałem z OFE — kusiła PO w kampanii. I co? Kolejny blef.

Kolejna deklaracja została na papierze

Każdy będzie mógł swobodnie dysponować kapitałem z OFE — kusiła PO w kampanii. I co? Kolejny blef.

Koniec złudzeń dla tych, którzy wierzyli, że przechodząc na emeryturę, zdecydują, czy nawet kilkaset tysięcy złotych zgromadzonych w otwartym funduszu emerytalnym (OFE) wypłacą jednorazowo, czy w postaci comiesięcznej emerytury małżeńskiej. Wczoraj rząd przyjął ustawę o funduszach dożywotnich emerytur kapitałowych, która dopełnia wizję przyszłych emerytur. Przechodzący na emeryturę nie będzie miał wyboru — dostanie tylko indywidualną emeryturę dożywotnią. Po śmierci niewykorzystany kapitał nie będzie dziedziczony. Propozycja rządu jest bardzo daleka od stanowisk, jakie prezentowały PO i PSL podczas kampanii wyborczej.

— Emeryt powinien swobodnie dysponować swoimi pieniędzmi. Jeśli uzna, że emerytura z I filara mu wystarczy, to powinien móc wypłacić tę z OFE i dowolnie zainwestować. Jeśli nie całość, to część kapitału — mówił na naszych łamach w kwietniu 2007 r. Zbigniew Chlebowski, ówczesny wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego PO.

— Emeryt powinien mieć możliwość wyboru. Emerytura małżeńska niweluje niekorzystną sytuację kobiet — wtórował mu Mieczysław Kasprzak, poseł PSL.

Dla ekspertów wolta koalicji jest zaskakująca.

— Partia, która dąży do liberalizmu, w kwestii emerytur proponuje rozwiązanie dużo mniej liberalne niż poprzednicy — mówi Agnieszka Durlik-Khouri, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej.

Choć są i tacy, których to nie dziwi.

— Politycy nie wiedzą, o czym mówią. A gdy się zorientują, że palnęli głupotę, liczą, że nikt nie będzie pamiętał, co mówili — dodaje Robert Gwiazdowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha.

Jeden produkt

O wysokości emerytur zdecyduje tylko kapitał i wiek, bo wprowadzono mechanizm wyrównawczy między kobietami i mężczyznami. Wypłacać je będą zakłady emerytalne, które wezmą za to 3,5 proc. świadczenia. Kapitał emeryta będzie przez fundusz inwestowany, a 90 proc. zysku pójdzie na podwyższenie emerytury w kolejnym roku. Fundusze nie będą miały akwizytorów — Zakład Ubezpieczeń Społecznych będzie publikował zestawienie ofert i to w jego placówce klient będzie dokonywał wyboru.

Rząd przekonuje, że emerytura indywidualna, jako jedyna opcja, to najlepsze rozwiązanie. Małżeńska komplikuje i podraża system. Z kolei wypłata kapitału jednorazowo lub w ratach wiąże się z ryzykiem, że emeryt szybko „przeje” pieniądze i zwróci się do państwa o pomoc. Wynik konsultacji społecznych jest jednoznaczny — związkowcom brak wyboru bardzo się nie podoba. Niektórym ekspertom też.

— Rząd wprowadza jeden produkt, który średnio pasuje większości emerytów. To uszczęśliwianie ludzi na siłę. Wmawia się, że dożywotnia emeryturą indywidualna jest najlepsza i dlatego będzie jedyną opcją. Od dwudziestu lat funkcjonujemy w gospodarce wolnorynkowej i przez ten czas ludzie wiele się nauczyli. Nie można ich traktować, jak gdyby nie potrafili wybrać tego, co dla nich najlepsze — mówi Agnieszka Durlik-Khouri.

Będzie awantura

Wiele wskazuje na to, że rządowa wersja wypłaty z OFE wywoła gniew przyszłych emerytów.

— Emerytury będą niskie, co będzie dla społeczeństwa dużym rozczarowaniem. Brak możliwości wyboru formy emerytury pogłębi rozgoryczenie. Tym bardziej że rząd nie robi nic, by zachęcić do odkładania w trzecim filarze — mówi Agnieszka Durlik-Khouri.

Z naszego rozliczenia przedwyborczych obietnic wynika, że rozczarowanych rządami PO może przybywać. Partia zapowiadała obniżenie podatków, w tym zniesienie podatku Belki i wprowadzenie liniowego. Po wyborach od tego odstąpiła. Przedsiębiorcy, którym PO w dużej mierze zawdzięcza zwycięstwo, czekają na nową ustawę o VAT i wprowadzenie euro. Tu też na obietnicach się skończyło (patrz poniżej).

Szejnfeld i Palikot biją głową w mur

Wiceminister gospodarki już poznał siłę oporu urzędników. Posłowi Palikotowi nogę podkładają koledzy z Platformy.

Platforma Obywatelska (PO) ma dwóch bojowników o wolność gospodarczą. Na barkach Adama Szejnfelda, wiceszefa resortu gospodarki, spoczywa opracowanie i wdrożenie rządowych ustaw uwalniających gospodarkę z urzędniczych pęt. Drugim jest Janusz Palikot, przewodniczący sejmowej Komisji Przyjazne Państwo, która ma za zadanie wyłuskiwać najjaskrawsze absurdy systemu prawnego i kasować je z chirurgiczną precyzją.

Obaj panowie są więc na pierwszej linii frontu walki z biurokracją. Wiceminister Szejnfeld toczy boje o dobre dla firm zmiany w ustawie o swobodzie gospodarczej. Na początku 2008 r. jego resort stworzył pierwszy projekt, który został zmasakrowany w uzgodnieniach międzyresortowych. Kilkunastu stronom projektu urzędnicy rozmaitych resortów przeciwstawili 300 stron zastrzeżeń. To był kubeł zimnej wody. Wiceminister Szejnfeld został zmuszony do kompromisu. W jego projekcie ostało się tylko kilka drobnych ułatwień dla firm. Bo czy rewolucyjną nowością można nazwać prawo do zawieszania działalności, i to tylko dla firm niezatrudniających pracowników, czy też wiążące interpretacje w sprawach zusowskich? Eksperci twierdzą, że to tylko kosmetyka.

Teraz zapowiada się powtórka z rozrywki. Do wiceministra napływają opinie resortów o drugim projekcie zmian w ustawie o swobodzie gospodarczej. Z nieoficjalnych informacji wynika, że opór urzędniczy jeszcze przybrał na sile. Nie ma się co dziwić, skoro projekt zmierza do odebrania władzy wielu instytucjom kontrolującym firmy.

— Czekam, aż spłyną wszystkie opinie. Potem podzielę się refleksjami — mówi Adam Szejnfeld.

Na razie wiadomo tylko, że wymsknął mu się UOKiK, który w ogóle nie będzie podlegał ustawowym ograniczeniom kontroli firm.

Perypetie wiceministra są ostrzeżeniem dla posła Janusza Palikota. 2 września Sejm zajmie się pierwszymi 12 projektami zmian w podatkach (głównie VAT), przygotowanymi przez komisję Przyjazne Państwo. Szefowie — nie tylko opozycyjnych klubów poselskich — ale także koalicyjnych PO i PSL bardzo sceptycznie odnoszą się do tych projektów („PB” z 24.08). Projekty Palikota wciąż nie mają ich poparcia. Przewodniczący klubów chcą najpierw poznać szczegółowe analizy skutków owych projektów. Oczekują, że dokonają tego... eksperci resortu finansów. Projekty te zawierają korzystne dla firm rozwiązania mogące uszczuplić dochody budżetu. Czy poseł Palikot może liczyć na przychylność fiskusa? To właśnie głównie urzędnicy resortu finansów masakrowali projekty Szejnfelda.

Zapomniany sztandar,

czyli dryfujący liniowiec

szef Platformy Obywatelskiej, maj 2007 r.

Podatek liniowy stał się symbolem niezrealizowanych obietnic partii Donalda Tuska. Za pierwszym razem, czyli w wyborach 2005 r., słynna koncepcja 3x15 okazała się główną przyczyną przegranej z PiS. Tusk zaklinał: „Żeby Polacy mieli pełną świadomość — wybieramy PO, będzie podatek liniowy”. Partia Kaczyńskiego skutecznie wystraszyła część Polaków znikającym jedzeniem z lodówek.

Po raz kolejny PO obiecywała podatek liniowy w kampanii wyborczej w 2007 r. Znalazła mocne poparcie przedsiębiorców, którzy uwierzyli Donaldowi Tuskowi. Okazuje się niestety, że czcze obiecywanie liniowca weszło Platformie w krew. Dotąd nie zrobiła niczego w celu spełnienia tych deklaracji, a wizja uproszczonego podatku odpływa w siną dal. W kwietniu 2008 r. premier Donald Tusk poinformował, że ustawa o podatku liniowym trafi pod obrady Sejmu po wyborach prezydenckich w 2010 r., czyli w ostatnim roku kadencji obecnego parlamentu. Do trzech razy sztuka?

Podatek Belki nie do ruszenia

szef PSL (obecny wicepremier), listopad 2007 r.

Politycy PO i PSL wielokrotnie zapowiadali — także przed wyborami 2007 r. — skasowanie podatku Belki, 19-procentowej daniny obciążającej zyski z giełdy i z oszczędności. Wydawało się, że los tego haraczu jest przesądzony i egzekucja nastąpi błyskawicznie. Najgorętszym jej orędownikiem był Zbigniew Chlebowski, szef klubu parlamentarnego Platformy. Jesienią 2007 r. podkreślał, że jego ugrupowanie będzie w tym dziele bardzo konsekwentne. Jeszcze w maju 2008 r. premier Donald Tusk zapewniał, że chce znieść podatek Belki.

Zaraz potem nastąpił nagły odwrót od tych obietnic. Jacek Rostowski, minister finansów postawił twarde weto.

— Nie może być mowy, że jedni płacą 19 proc. podatku, a inni, najbogatsi, zero procent — grzmiał minister, blokując likwidację daniny.

Użył przy tym tradycyjnego argumentu fiskalnego: budżetu państwa nie stać na rezygnację z kilku miliardów złotych rocznie. I chyba na dobre wystraszył premiera oraz kolegów z rządu.

Kręta ścieżka do eurowaluty

szef Platformy Obywatelskiej, 15 października 2007 r.

Poglądy Platformy dotyczące wejścia do strefy euro przeszły w ciągu

ostatniego roku zadziwiającą ewolucję. W październiku 2007 r. w czasie debaty telewizyjnej z Aleksandrem Kwaśniewskim Donald Tusk stwierdził, że Polska powinna wejść do strefy euro „tak szybko, jak to możliwe” i może się to stać w 2013 r. Po wyborach zapał PO do przyjmowania nowej waluty zdecydowanie osłabł. W sejmowym exposé nowy premier o tym terminie już nie wspomniał i oznajmił, że „rząd nie będzie się w kwestii wprowadzenia euro trzymać żadnej doktryny”. Znacznie wyraźniej, wskazywał też zagrożenia wiążące się z wejściem do Eurolandu.

— Bezpieczeństwo obywateli w procesie przejścia na wspólną europejską walutę będzie dla rządu przykazaniem numer jeden — mówił Donald Tusk.

Kolejne miesiące rządów PO potwierdziły, że długo poczekamy nie tylko na samo euro, ale nawet na wyznaczenie daty jego przyjęcia. Jacek Rostowski, minister finansów, podkreśla, że najpierw gospodarka musi osiągnąć „odpowiednie parametry” i dopiero wówczas rząd podejmie decyzję w sprawie terminu.

Miraż cięcia 200 opłat uciążliwych dla obywatel

obecny przewodniczący klubu PO, październik 2007 r.

Obietnica skasowania 200 parapodatków padła po raz pierwszy w wywiadzie dla „PB” w ostatnich dniach kampanii wyborczej 2007 r. „Pakiet 200” został entuzjastycznie przyjęty przez Polaków oraz firmy. Nawet rywale polityczni PO wyrażali się o nim z uznaniem i deklarowali poparcie.

Zbigniew Chlebowski wyliczał, że dzięki wycięciu 200 zbędnych opłat obywatele i przedsiębiorcy oszczędzą rocznie nawet 700 mln zł. Pod nóż miały pójść m.in. opłaty za pozwolenia wodociągowe, gazowe, cieplne (105 zł), decyzje o warunkach zabudowy (107 zł), wypis z planu zagospodarowania przestrzennego (do 200 zł), zarejestrowanie statku rybackiego (176 zł), wydanie paszportu (140 zł) i prawa jazdy (71 zł). Od tamtych obietnic minął prawie rok. Ani rząd, ani klub kierowany przez posła Chlebowskiego nie pochwalił się żadnymi projektami zmierzającymi do realizacji „Pakietu 200

Publiczne pieniądze chore jak zawsze

obecny przewodniczący klubu PO, 23 sierpnia 2007 r.

Polskie finanse publiczne są chore i potrzebują gruntownej reformy — czytamy w programie wyborczym PO z października ubiegłego roku. Jak je uzdrowić? Przed wyborami politykom PO sprawa wydawała się prosta. Po pierwsze, będą ostre cięcia wydatków — obiecywali. W wywiadzie dla „PB” Zbigniew Chlebowski, wówczas wiceprzewodniczący PO, zapewniał, że za trzy lata w budżecie nie będzie deficytu. Dziś pomysł „wyzerowania” dziury budżetowej nie istnieje.

Kolejnym krokiem miała być reorganizacja finansów publicznych, m.in. dzięki likwidacji państwowych agencji, funduszy i gospodarstw pomocniczych.

— Nowelizacja ustawy będzie jedną z pierwszych, jakie przyjmie nowy parlament — zapewniał Zbigniew Chlebowski w sierpniu 2007 r.

Słowa nie dotrzymał. Ministerstwo Finansów dopiero w ostatni piątek przedstawiło propozycję ustawy. A to zaledwie początek.

Uzdrowienie finansów miało też dokonać się dzięki reformie służby zdrowia i ograniczeniu liczby osób, którym będą przysługiwać emerytury pomostowe. W obu przypadkach PO jest w lesie.

Strach przed PSL blokuje reformę KRUS

obecny przewodniczący klubu PO, 19 listopada 2007 r.

89,7 zł — takie składki na ubezpieczenie w KRUS płacą co miesiąc rolnicy. I to niezależnie od tego, czy mają małe niedochodowe gospodarstwo czy są ziemskimi potentami. Dla porównania, minimalna składka na ZUS przedsiębiorcy (nawet jeśli ma stratę) to ponad 782 zł. PO w kampanii zapowiadała, że skończy z tą dyskryminacją, tym bardziej że składki pokrywają niewielką część wydatków na rolnicze emerytury i renty i budżet co roku dokłada do nich około 15 mld zł.

Propozycję reformy przygotował Marek Sawicki, minister rolnictwa. Proponuje, by wysokość składki powiązać z wielkością gospodarstwa: rolnicy mający do 50 ha płaciliby tyle, co dziś, a ci z gospodarstwami powyżej 300 ha — 370 zł miesięcznie. Pozwoliłoby to zaoszczędzić… 40 mln zł rocznie. Eksperci nazywają projekt kpiną i nawet PO nie kryje niezadowolenia.

— To żadna reforma. Tego typu inicjatywy narażają nas na śmieszność — skomentował Zbigniew Chlebowski.

Jednak zdaniem ekspertów, PO ze strachu przed koalicjantem nie będzie forsowała gruntownej reformy.

Grzegorz Nawacki