Po atakach terrorystycznych z 11 września władze amerykańskie wydały w ostatnim okresie szereg rozporządzeń, znacznie zaostrzających procedury kontrolne dla wchodzących do portów USA jednostek pływających. Jak wynika ze statystyk, statki Polskiej Żeglugi Morskiej częściej odwiedzają porty amerykańskie niż polskie.
— Większość statków PŻM operuje w okolicach Zatoki Meksykańskiej i Nowego Orleanu, a więc dość daleko od Nowego Jorku. Ale nawet tam załogi zauważają znacznie większą aktywność U.S. Coast Guard na wodach przybrzeżnych, a także wzmożoną kontrolę podczas odpraw imigracyjnych. Wyczuwalna jest też duża nerwowość, dotychczas wyluzowanych amerykańskich urzędników — mówi Krzysztof Gogol, doradca dyrektora Polskiej Żeglugi Morskiej ds. mediów.
Wśród nowych przepisów, obowiązujących od 4 października, znalazło się obligatoryjne powiadamianie o przybyciu statku już na 96 godzin przed wejściem do portu. Dotychczas obowiązywał okres 24-godzinny. Do powiadomienia kapitan statku musi dołączyć szczegółowe dane na temat załogi, ewentualnych pasażerów oraz rodzaju ładunku.
— Dodatkowo od 15 października statki zgłaszające swoje przybycie do portów amerykańskich muszą przesłać tę informację do nowo utworzonego Narodowego Centrum Ruchu Statków (National Vessel Movement Center), a nie, jak dotychczas, tylko do kapitanatu portu. Centrum powołane zostało, aby skupić wszystkie doniesienia o przybyciach statków w jednym miejscu i w ten sposób zmniejszyć możliwość pomyłek — wyjaśnia Krzysztof Gogol.
Na jednostkach PŻM udających się w rejony szczególnie niebezpieczne (m.in. do krajów muzułmańskich) marynarze otrzymują instrukcje, aby w razie zagrożenia atakiem, postępować tak, jak przewidują przepisy dotyczące ataków pirackich.
— Statki PŻM nie przewożą ładunków, które mogłyby być użyte do samobójczych zamachów. W gorszej sytuacji są armatorzy tankowców czy zbiornikowców do przewozu ciekłego gazu — uspokaja Krzysztof Gogol.