Czy ktoś chciałby żyć w świecie, w którym zmiany przepisów obowiązują wstecz? Na przykład — w 2014 r. zmieniamy wstecz dopuszczalny poziom alkoholu we krwi na 0 promili (zamiast obecnych 0,2 promila). I już można karać kierowców, którzy np. w 2009 r. mieli zawartość alkoholu we krwi na poziomie dopuszczalnym wówczas, ale nie dopuszczalnym teraz…
Dla większości z nas taki pomysł wydaje się pewnie niebezpieczny i niezgodny z zasadą: „prawo nie działa wstecz”. Obserwując ostatnie pomysły urzędników skarbowych, mam jednak wrażenie, że nie należą oni do tej grupy.
Na razie urzędnikom nie chodzi o działanie prawa wstecz. Chcą jedynie bieżące zdarzenia gospodarcze uwzględniać w starych rozliczeniach podatkowych. W wyroku z kwietnia Naczelny Sąd Administracyjny zgodził się z organami skarbowymi, że zmiana wartości przychodu powinna być uwzględniana w momencie powstania tego przychodu. Przykładowo: po sprzedaży w 2013 r. samochodu za 15 tys. zł, w czerwcu 2014 r. nabywca znalazł usterkę i żąda od poprzedniego właściciela rabatu na kwotę 500 zł. Zgadzając się na to, zmieniamy w 2014 r. cenę — na 14,5 tys. zł. Co na to fiskus? Fiskus twierdzi, że trzeba skorygować podatek za 2013 r., bo przychód był wykazany w złej wysokości (15 tysięcy zamiast 14,5 tysiąca). Fakt, że w 2013 r. cena niewątpliwie wynosiła 15 tys. zł i dopiero w czerwcu 2014 r. się zmieniła, w oczach urzędników nie ma jednak żadnego znaczenia…
Przykład z rabatem nie prowadzi do powstania zaległości podatkowej, jest tylko uciążliwością, ale przy korekcie przychodów w górę fiskus chce odsetek za zaległość podatkową! Przedsiębiorca, który regularnie po sprzedaży uzgadnia rabaty, zdaniem fiskusa po każdej zmianie musi korygować przeszłe rozliczenia. Ile razy rocznie należy dokonywać korekt? Trzy? Trzysta? Dla fiskusa odpowiedź jest prosta — tyle, ile udzieli się rabatów.
Przepisy w mojej ocenie nie dają podstaw do takiej interpretacji. Niezależnie jednak od interpretacji przepisów, ciężko wyobrazić sobie kraj, którego władze i urzędnicy chcą w tak wyrafinowany sposób utrudniać życie przedsiębiorców, którzy nie popełniają żadnego błędu. Chyba że błędem jest obniżenie ceny po sprzedaży — może należy tego zakazać i karać…?
Taka interpretacja przepisów wskazuje na kompletne oderwanie urzędników od rzeczywistości gospodarczej
i żadne stwierdzenia typu „my tylko stosujemy przepisy” takiego podejścia nie usprawiedliwiają. A fakt, że minister finansów nie ucina tych idiotycznych zapędów (np. wydając interpretację ogólną), każe wątpić w prawdziwość wygłaszanych raz na jakiś czas zgrabnych stwierdzeń w rodzaju: „uczciwi podatnicy nie mają się czego obawiać”.
Otóż mają — urzędników wyznających zasadę, że jeśli interpretacja przepisów utrudnia prowadzenie biznesu, to tym gorzej dla biznesu. W końcu wyżywią nas urzędnicy ze swoich podatków…