RACZEJ NIE JESTEM ORŁEM W BIZNESIE

Tadeusz Markiewicz Wojciech Surmacz
09-04-1999, 00:00

RACZEJ NIE JESTEM ORŁEM W BIZNESIE

Mariusz Adamiak, jeden z promotorów jazzu w Polsce, nie chciałby być określany mianem biznesmena i zaznacza, że mógłby się nim poczuć odrobinę obrażony. Deklaruje, że nie jest orłem biznesu, aczkolwiek kierowane przez niego radio, klub oraz agencja koncertowa w sumie nie są deficytowe. W tej chwili jego największą ideą jest budowa Warszawskiego Centrum Kultury.

„Puls Biznesu”: Pewna agencja public relations otrzymała pytanie od jednego z koncernów tytoniowych, czy warto sponsorować jazz w Polsce. Odpowiedź była przecząca, a jako główną przyczynę wskazano kłótnie i spory w łonie środowiska jazzowego. Czy można przezwyciężyć te podziały — z jednakową korzyścią dla jazzu i biznesu?

Mariusz Adamiak: To prawda, że środowisko jest skłócone, ale myślę, że taka analiza jest bardzo płytka. Często się zdarza, że przedstawiciele agencji public relations nie mają pojęcia, jak przeprowadzać takie analizy i ograniczają się do kilku krótkich telefonów. Po pierwsze, to, że środowisko jest skłócone, nie oznacza od razu, że odbiorcy muzyki o tym wiedzą. Po drugie, tak się dzieje wszędzie na świecie. Podobna sytuacja jest w Skandynawii czy w Niemczech. Gdyby taką analizę przeprowadzono w tamtych krajach, to wnioski zapewne byłyby takie same. Rywalizujemy ze sobą, to fakt, ale na przykład świat biznesu jest tak skłócony, że środowisko jazzowe wydaje się przy nim oazą spokoju. Rywalizacja to korzyść dla samych odbiorców — jest coraz więcej festiwali, przyjeżdżają gwiazdy wielkiego formatu, na rynku pojawia się coraz więcej pism jazzowych.

— Czy jednak na przykład chciałby mieć Pan sponsora — producenta papierosów?

— Dziś bym nie przyjął koncernu tytoniowego jako sponsora. Inni sponsorzy nie życzą sobie figurować w towarzystwie producentów papierosów. W moim klubie większość miłośników jazzu nie pali. Pieniądze na jazz wykładają raczej firmy, które oferują produkty bardziej pozytywnie postrzegane niż papierosy. Sam jazz jest bardzo dobry do reklamy i na świecie to się sprawdza. A wracając do konfliktów w środowisku jazzowym, to, paradoksalnie, na początku mi pomogły. Tworzyłem nową strukturę, która była konkurentem dla dawnego środowiska. Sponsorzy wchodzili, bo chcieli mi pomóc i utożsamiali się właśnie z tym prądem. Teraz już nie ma takiej rywalizacji i sytuacja się zmieniła.

— Czy na jazzie można zarobić?

— W jazzie jest coraz więcej pieniędzy. Generalnie zapanowała moda na sztukę. Niepokoi mnie natomiast fakt, że agencje reklamowe i public relations w ogóle nie chcą tego dostrzec. Jest bardzo dużo młodzieży, która wraca do jazzu i pod tym kątem zmieniamy profil naszego radia. To jest tendencja ogólnoświatowa, wywołana, w pewnym sensie, przesyceniem komercją. Faktem jest, że na świecie organizuje się imprezy, które rzeczywiście mocno poszły w stronę pieniędzy i z jazzem — oprócz nazwy — nie mają wiele wspólnego. W pogoni za większym budżetem są w pełni skomercjalizowane. Ale inni promotorzy poszli dokładnie w drugą stronę i prezentują muzykę niekomercyjną. Zdecydowałem się na identyczny krok i od ubiegłego roku — przygotowując Warsaw Summer Jazz Days — nie zapraszam gwiazd komercyjnych, co nie oznacza, że artyści występujący wówczas w Warszawie są tańsi. Tak samo w radiu — od roku nie gramy ani Kenny G., ani Manhattan Transfer.

— Czy Radio Jazz zarabia na siebie?

— W Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji pojawiły się nawet opinie, że jesteśmy zbyt mało komercyjni. Zbyt często ocenia się radio pod kątem tego, czy jest dobrym biznesem czy nie. Jeden z biznesmenów powiedział mi nawet, że po prostu marnuję częstotliwość. Ale spójrzmy na duże komercyjne stacje, czy od początku ich działalności już się zbilansowały. Rzeczywiście zarabiają w tej chwili dużo pieniędzy, ale do wyjścia na zero czeka ich jeszcze długa droga. My też oczywiście jeszcze się nie zbilansowaliśmy. Wpływy z reklam są jednak coraz większe i jeśli utrzyma się tendencja zwyżkowa, to pod koniec roku powinniśmy wyjść na zero. Oczywiście koszty prowadzenia są minimalizowane.

— Skoro wychodzi Pan na prostą, to czy nie myślał Pan o rozszerzeniu zasięgu Radia Jazz, które na razie dociera do dwóch miast: Warszawy i Krakowa?

— Złożyliśmy nasze wnioski w trzecim procesie koncesyjnym. Staramy się o częstotliwości w pięciu kolejnych miastach. O ich doborze decydowały różne względy. Nie ma już wolnych częstotliwości w Poznaniu, Wrocławiu czy całym Trójmieście. W tej chwili z naszego punktu widzenia najbardziej atrakcyjna jest Łódź, ale tu walka będzie bardzo trudna. Zwłaszcza, że w różne przedsięwzięcia radiowe angażuje się „Gazeta Wyborcza”, a z taką siłą trudno po prostu wygrać. Poza tym staramy się m.in. o Koszalin, Olsztyn i Sopot (ale z minimalnym zasięgiem). Ważne są też powody finansowe. Koncesja w Koszalinie nie jest taka droga, bo kosztuje 14 tys. zł, z kolei Łódź jest dużo droższa, ale szybciej by się zwróciła. Decyzje zapadną pewnie pod koniec roku, bo w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji doszło do zmian personalnych.

— Czy zatem nagroda „Anioł jazzu” przyznana w ubiegłym roku Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji była krokiem dyplomatycznym?

— Absolutnie nie. Nie powiem, że to wynikało z głębi serca, ale jest to forma podziękowania. Wyróżnienie dostali wówczas ci członkowie rady, którzy coś zrobili, a nie ci, co obiecali.

— Czy Radio Jazz, restauracja Akwarium i agencja koncertowa Adamiak i Brzeski Jazz Partners są naczyniami połączonymi?

— Oczywiście. Inaczej radio miałoby duże kłopoty albo trzeba byłoby dokładać masę pieniędzy przez okres dwóch-trzech lat. Na dobrą sprawę największe przychody pochodzą z kilku dobrze zorganizowanych tras koncertowych. W sumie to wszystko bilansuje się w okolicy zera. Nie jest to firma, która przynosi duże dochody. Nie mam takiego nastawienia do życia, by zarabiać pieniądze tylko dla zarabiania. Nie są dla mnie wartością samą w sobie.

— Czy Pana partner, pan Brzeski, też ma podobne nastawienie?

— Znamy się od lat. Kiedyś myśleliśmy, że można byłoby zbudować w Warszawie centrum kulturalne i tak naprawdę od tego się to wszystko zaczęło. Wszystko uległo przyśpieszeniu, kiedy wybuchła sprawa z przetargiem na grunt, na którym dziś znajduje się klub Akwarium. Tak czy owak mieliśmy projekt takiego centrum już wcześniej. Wracając do pytania, nie miałem do tej pory nacisku ze strony mojego partnera na to, by poświęcić się wyłącznie generowaniu zysków. Razem będziemy się starać o wybudowanie i stworzenie Warszawskiego Centrum Kultury. Jest on osobą wiarygodną finansowo, a ja potrafię organizować różne rzeczy.

— Co się stanie z klubem Akwarium po przegranym przetargu? Czy zostanie przeniesiony do projektowanego Warszawskiego Centrum Finansowego?

— Sprawa biegnie dwutorowo. W tej chwili szukamy lokalu dla klubu. Przegraliśmy przetarg i musimy się stąd wyprowadzić latem tego roku. Odbywamy spotkania z zarządem miasta i wiadomo, że klub będzie gdzieś przeniesiony. Mamy gwarancję, że uzyskamy lokal zastępczy lub docelowy, ale to wyjaśni się w tym miesiącu. Drugim naszym celem jest stworzenie Warszawskiego Centrum Kultury. Władze miasta uznały, że to jest cenna inicjatywa, aczkolwiek nie tak priorytetowa jak budowa kilku mostów. Ja i pan Brzeski znaleźliśmy się w takim momencie życiowym, że możemy centrum w tej chwili wybudować. Za rok, jeśli nie będziemy mieć lokalizacji, to mój partner nie będzie czekał i... zainwestuje w linie lotnicze, a ja będę robił festiwale jazzowe, ale na Wyspach Kanaryjskich. Mam nadzieję, iż przekonałem urząd, że istnieje potrzeba stworzenia takiego centrum. Władze stolicy obiecały, że w kwietniu przedstawią nam możliwe lokalizacje. Wspólnie z miastem, albo na innych zasadach, moglibyśmy rozpocząć tę inwestycję. Różne są pomysły co do udziału inwestorów. Jest wielu chętnych, którzy — nieładnie mówiąc — chcieliby w to wejść. Budowa potrwałaby cztery lata, ale najważniejsze, żeby zacząć. Zrobiony został biznesplan. Będzie to przedsięwzięcie samofinansujące, więc nie ma mowy o jakichś gminnych czy państwowych dotacjach.

— Czy uważa się Pan za biznesmena?

— Nie, nie lubię tego słowa. Całe życie poświęciłem pewnej idei. Ja nie chcę być postrzegany jako biznesmen. Gdy ktoś mnie tak określa, czuję się troszeczkę obrażony. System wartości, jaki generalnie panuje wśród polskiego biznesu, zupełnie mi nie odpowiada. Zresztą, raczej nie jestem orłem w biznesie. W jazzie są pewne granice zarabiania pieniędzy. Gdybym się zajął muzyką popową, to bym zgarniał większe pieniądze. Traktuję moją działalność raczej jako dawanie niż branie.

“Ja nie chcę być postrzegany jako biznesmen. Gdy ktoś mnie tak określa, czuję się troszeczkę obrażony. System wartości, jaki generalnie panuje wśród polskiego biznesu, zupełnie mi nie odpowiada. Zresztą nie jestem orłem w biznesie. Traktuję moją działalność raczej jako dawanie niż branie”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tadeusz Markiewicz Wojciech Surmacz

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / RACZEJ NIE JESTEM ORŁEM W BIZNESIE