Przed lekturą niniejszego komentarza należy przeczytać zamieszczoną obok wymianę argumentów między szefami PKPP Lewiatan oraz BCC. Jest to zaledwie fragment elektronicznej korespondencji, krążącej w minionym tygodniu między jedenastoma organizacjami współtworzącymi Radę Przedsiębiorczości.
Dla kogoś, kto był przy wykluwaniu się Rady — 11 grudnia 2002 r. w warszawskim Sheratonie, gdy zjednoczeni szefowie organizacji biznesowych udzielali namaszczenia delegacji odlatującej na szczyt UE do Kopenhagi — czytanie wspomnianego mailowego pakietu stanowiło traumę. Gdybyśmy opublikowali pełną wersję, to w niektórych organizacjach mogłaby obniżyć się ściągalność składek członkowskich... Po prostu wdzierająca się drzwiami i oknami polityka, podsycana ambicjonalnymi konfliktami prezesowskich gwiazd, prowadzi Radę Przedsiębiorczości na manowce.
Klasa przedsiębiorców występuje w polskim parlamencie szczątkowo, dlatego Rada jest namiastką politycznej reprezentacji ludzi tworzących większość dochodu narodowego — i to reprezentacji skutecznej. Wspomnijmy choćby obniżenie przez ekipę Leszka Millera stawki CIT z 27 do 19 proc., po początkowym podwyższeniu jej z 24 do 27 proc. — był to właśnie efekt ciężkiej pracy Rady Przedsiębiorczości, ale zjednoczonej!
Wszyscy jej udziałowcy na początku przyjęli zasadę konsensusu. Funkcjonowała ona do 3 czerwca ub.r., gdy kwartalne przewodnictwo Rady sprawowała Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan, a personalnie Henryka Bochniarz. Ogłoszony został wówczas „apel” do Aleksandra Kwaśniewskiego, aby prezydent przestał popierać Marka Belkę na premiera. Wobec sprzeciwu Krajowej Izby Gospodarczej, tamten tekst nie miał prawa ukazać się publicznie! A jednak został rozpowszechniony, z tym że nie jako „apel Rady Przedsiębiorczości”, lecz „apel członków Rady Przedsiębiorczości”. Ta różnica prawna okazała się dla mediów niezauważalna, materiał poszedł w kraj i świat, po trzech dniach sprytna zagrywka wyszła na jaw — ale szkody okazały się już nieodwracalne.
Podobny syndrom dotknął spotkanie Rady Przedsiębiorczości z premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem, które odbyło się w poniedziałek 14 listopada rano. Dla mnie pozostaje niepojęte, że członkowie Rady mający materiał wyjściowy — czyli exposé i program „Solidarne państwo” — już w czwartek 10 listopada, udali się w spokoju na trzydniowe święta, zamiast w sobotę gdzieś się zamknąć i wypracować solidny dokument, który zostałby ogłoszony od razu na konferencji prasowej po spotkaniu. To tam, w świetle jupiterów i w obiektywach kamer, należało premierowi wypunktować wszystkie rozbieżności — dotyczące terminu wejścia Polski do strefy euro, stosunku do Rady Polityki Pieniężnej i roli banku centralnego, emerytur górniczych, wykorzystywania środków unijnych, sposobów ograniczania korupcji przez urzędy centralne, tempa prywatyzacji etc. To wszystko znalazło się dopiero w komunikacie, rozesłanym — notabene bez zapowiedzi na konferencji — po południu. On naprawdę nikogo nie obchodził, przekaz do społeczeństwa już dawno poszedł.
Dzisiaj Rada Przedsiębiorczości spotyka się ponownie. Zanim cokolwiek merytorycznie postanowi, powinna uczciwie zastanowić się sama nad sobą. Ta wartościowa inicjatywa ma obecnie alternatywę — samoograniczenie ambicji wszystkich prezesów, albo samorozwiązanie.