Straż Graniczna kupiła system łączności dla radarów, który zdaniem ekspertów skompromituje Polskę.
Przetargi w Straży Granicznej nadzoruje Lucjan Bełza, szef logistyki. Przez lata zaliczano go do grupy tzw. nikowców, zaufanych urzędników Lecha Kaczyńskiego, wywodzących się z Najwyższej Izby Kontroli. Znany amator nowinek technicznych, kiedy był szefem biura bezpieczeństwa Warszawy, chciał na przykład, by miasto patrolował samolot bezzałogowy Hobbit, którego niektórzy nazwali potem bełzolotem. W maju 2007 r., mimo wielu ostrzeżeń, zaakceptował zakup systemu transmisji danych dla radarów chroniących granicę polską i unijną. Projekt ważny, bo choć system ma kosztować pograniczników niespełna 5 mln zł, to od jego działania zależy praca nowoczesnych radarów wartych 40 mln euro.
Zdaniem wielu ekspertów, radiowa transmisja danych dla radarów byłaby dobra, ale nie w technologii, na którą uparła się Straż Graniczna. Zażądała, by system działał w tzw. nielicencjonowanych pasmach częstotliwości. Są one ogólnodostępne i niechronione, przeznaczone co najwyżej dla sieci osiedlowych, a nie do zastosowań profesjonalnych czy militarnych.
— System transmisji danych ważny dla bezpieczeństwa państwa w paśmie nielicencjonowanym to absurd, totalna pomyłka techniczna oraz ogromny wstyd dla Polski — mówi bez ogródek Krzysztof Płatek, jeden z najlepszych specjalistów od systemów radiowych w Polsce, konsultant wielu projektów radiowych, w tym dla Straży Granicznej i policji.
Jego słowa potwierdzają inni eksperci. Aleksander Orłowski, szef zakładu systemów radiowych w Instytucie Łączności, uważa takie projekty za przykład radosnej twórczości: kupmy coś, a potem jakoś to będzie.
— Pasma te nie są przeznaczone dla systemów ważnych dla bezpieczeństwa — uważa Orłowski.
Pograniczników ostrzegano wielokrotnie. Telekomunikacja Polska informowała, że system „będzie bardzo narażony na możliwość przechwycenia transmisji i jej podsłuchanie”. Z kolei prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej sugerował w marcu 2007 r. Straży Granicznej „przeanalizowanie zasadności budowy” tak pomyślanego projektu. Przedstawiciele kilku różnych firm w rozmowach z „PB” określali działanie pograniczników jednoznacznie: głupota.
— Znaleźliśmy jedyne wyjście — odpiera zarzuty Lucjan Bełza, zastępca komendanta Straży Granicznej.
Dobrzy znajomi
Część firm posądzała Straż Graniczną o ustawienie przetargu na ten system. W poprzednich, unieważnionych przetargach na łączność konkurencja była ostra. W tym wystartował tylko olsztyński Sprint. Zanim złożył ofertę, firma Biatel poinformowała straż w proteście, że specyfikacja jednoznacznie faworyzuje system Motorola Canopy. Sprint zaoferował właśnie to rozwiązanie. Ustaliliśmy, że na dwa miesiące przed rozpoczęciem przetargu Sprint przeprowadził dla funkcjonariuszy straży pokaz działania tego rozwiązania. Dlaczego jedynie tę firmę poproszono o pokaz, a potem opracowano specyfikację do tzw. nieograniczonego przetargu, którą dziwnym trafem zaakceptował tylko Sprint?
— Analizowaliśmy różne rozwiązania prawne i techniczne. Funkcjonariusze oddziału morskiego straży dowiedzieli się, że na rynku jest nowa amerykańska technologia mogąca odpowiadać naszym potrzebom. Poprosili o prezentację. Wypadła bardzo dobrze. Testowanie nowego sprzętu lub technologii to normalny tryb postępowania — tłumaczy Lucjan Bełza.
Kto polecił tę technologię? Nie wiadomo.
Sprint zapewnia, że podczas starań o kontrakt nie podejmował zakulisowych zabiegów, tylko zwykłe działania handlowe: prezentację i złożenie oferty.
Lucjan Bełza dobrze znał firmę Sprint. Ona wykonywała wszystkie etapy systemu monitoringu w Warszawie. Bełza do stycznia 2006 r. był szefem biura bezpieczeństwa stolicy oraz Zakładu Obsługi Systemu Monitoringu (ZOSM). Wielokrotnie w mediach prezentował postępy prac i nowe pomysły. Twierdzi jednak, że nie miał kontaktów z firmą.
— Jako dyrektor odpowiadałem za sprawy w skali makro w odniesieniu do aspektów bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego w stolicy — tłumaczy.
W listopadzie 2005 r. kierowany przez niego ZOSM wraz z komendą stołeczną policji zlecili Sprintowi z wolnej ręki stworzenie monitoringu opartego na łączach radiowych. Wartość umowy wynosiła blisko 10 mln zł. W kontrakcie znalazła się klauzula, że 5,6 mln zł Sprint dostanie do końca grudnia 2005 r. Nie za zainstalowanie urządzeń, tylko za ich dostarczenie do magazynu. Od tego momentu liczyła się też gwarancja na sprzęt (Sprint miał pobrać za gwarancję prawie 0,5 mln zł). Gwarancja więc płynęła, a sprzęt w wyniku opóźnień realizacji częściowo został zainstalowany dopiero przed wakacjami 2007 r., z rocznym opóźnieniem.
— Realizacja tej umowy to zadanie policji. Nie wtrącałem się do prac komisji przetargowych i nie miałem wpływu na wybór firm w przetargach — podkreśla Bełza.
Jeden z naszych informatorów twierdzi inaczej.
— Bełzę nazywano ekscelencją i wszystko z nim konsultowano — mówi.
Pracownicy ZOSM zaprzeczają.
— Ja podpisałem umowę ze Sprintem na podstawie pełnomocnictwa dyrektora Bełzy. Za wybór wykonawcy odpowiadała policja. Co do kontaktów ze Sprintem, to dyrektor więcej im robił problemów, niż pomagał. To uczciwy człowiek, do przesady skrupulatny w przestrzeganiu procedur — mówi Jacek Gniadek, obecny szef ZOSM.
Tak samo mówi inny kluczowy pracownik ZOSM pracujący przy monitoringu. Być może więc ścieżki Lucjana Bełzy i Sprintu w Straży Granicznej zeszły się całkowicie przypadkowo.
Ciemna strona mocy
Budowę systemu łączności dla radarów — wbrew opinii wielu ekspertów — trudno będzie uzasadnić. Krzysztof Płatek twierdzi, że kupiony przez Straż Graniczną system nie spełnia warunków technicznych postawionych w przetargu, nie zapewnia wymaganej funkcjonalności i złamie prawo, przekraczając dopuszczalną według unijnych i polskich przepisów moc promieniowania. Płatek przedstawia obliczenia potwierdzające jego opinie.
Dlaczego mimo wielu ostrzeżeń kontynuowano prace? Lucjan Bełza wyjaśnia, że straż zobowiązała się w kontrakcie z wykonawcą systemu radarów do zapewnienia łączności. Gdyby jej nie zagwarantowała, wykonawca miałby na nią haka. A przy budowie systemu było już wiele przestojów i problemów.
— Technologię Motoroli wykorzystują służby graniczne USA oraz wojsko podczas działań w Iraku. Według analiz technicznych, tylko ona umożliwiała nam terminowe zrealizowanie celu: zapewnienie bezpiecznej transmisji danych dla radarów — uzasadnia Lucjan Bełza.
— Bzdura. Istnieje wiele innych sposobów. Żaden cel nie zostanie osiągnięty, bo system działający niezgodnie z prawem trzeba będzie rozebrać — mówi Płatek.
Sprint i Motorola nie zgadzają się z ekspertami i zapewniają, że projekt zrealizują zgodnie z prawem oraz z wymaganiami Straży Granicznej.
— Nie rozumiem, jak można oceniać system, który dopiero tworzymy. Ten projekt okaże się sukcesem — zapewnia Marek Kamiński, wiceprezes Sprintu.
Zobaczymy. Lucjan Bełza obiecał, że przy odbiorach technicznych będzie obecny ekspert zewnętrzny, a Sprint dostanie pieniądze za projekt dopiero wtedy, gdy wszystko będzie działać.
— Nie zadziała, bo fizyki nie da się oszukać — uważa Krzysztof Płatek. n
Krok od afery
Budowa nowoczesnych systemów ochrony granic przypomina pasmo afer i niepowodzeń. Polska chciała zrealizować dwa projekty: morski (za 40 mln euro) i lądowy (za 52,5 mln euro). Prace nad nimi rozpoczęto w 2004 r. Już w pierwszym przetargu projektu morskiego doszło do skandalu: Komisja Europejska nie zaakceptowała jego wyniku i narzuciła nam wykonawcę. Potem pojawiły się problemy z odbiorem pilotowego odcinka i z kolejnym przetargiem, który zaskarżył Tomasz Czajkowski, prezes Urzędu Zamówień Publicznych. Skargę po roku wycofał, ale proces spowodował ryzyko utraty finansowania projektu. W 2006 r. ABW zatrzymała dwóch funkcjonariuszy Straży Granicznej za rzekome nieuprawnione kontakty z oferentami.
Nasze cenne granice
3,5
tys. km Tyle liczą polskie granice z siedmioma sąsiadami. Granica morska ma 395 km.
2
tys. Tyle zatrzymano w I połowie 2007 r. osób, które przekroczyły lub próbowały przekroczyć nielegalnie granicę. Przodują obywatele Ukrainy (blisko 650 osób).
20
Tylu organizatorów nielegalnych przerzutów przez granicę zatrzymano od stycznia do lipca 2007 r. Udaremniono 33 próby zorganizowanego przerzutu ludzi.
Już pisaliśmy
„Puls Biznesu” 14 marca 2007 r., nr 52
W marcu, po bardzo krytycznych opiniach ekspertów o planach Straży Granicznej oparcia systemu ważnego dla ochrony granic na pasmach nielicencjonowanych, ostrzegaliśmy przed przyjęciem tej koncepcji. Bez skutku: system kupiono, nie prosząc o konsultacje specjalistów.
Blisko kompromitacji
O ile chroniące morską granicę radary są instalowane, o tyle poległ projekt lądowy, który miał się opierać na systemie wież z nowoczesną aparaturą. Pierwsze postępowanie z 2005 r. unieważniono z powodu banalnych błędów, potem w kolejnym wyrzucono niemal wszystkich oferentów, z kilkudziesięciu chętnych pozostawiając w grze jedno konsorcjum. Powody wykluczeń były kuriozalne: firmy zagraniczne złożyły nieprawidłowe zaświadczenia o niekaralności członków zarządów. Procedura się przeciągała, a w 2006 r. pogranicznicy tak podnieśli wymagania, że firmy złożyły oferty trzykrotnie droższe, niż przewidywał budżet (700 mln zł, zamiast 220 mln zł). Przetarg unieważniono. Pieniądze poszły na wyposażenie pograniczników.
Mariusz Zielke
