Radość za cztery jurki

Karol Jedliński
opublikowano: 09-05-2007, 00:00

Siedzą, piją, lulki palą. Po polsku gadają. Szefowi się kłaniają, kiedy wysiada z syrenki. Bo David jest swój.

Po porównaniu list płac w polskich i brytyjskich knajpach czy biurach i zestawieniu wskaźników bezrobocia tłumy Polaków pakują się do tanich linii, z biletem w jedną stronę. Choćby do Irlandii, gdzie celtycki tygrys potrzebuje ponoć każdej pary rąk do pracy. Legendarny Dublin widziany jest jako gospodarczy gigant, z łatwością przełykający kolejne fale emigrantów znad Wisły. A skoro zebrało się tu ich pewnie ze sto kilkadziesiąt tysięcy, to muszą mieć swoje miejsca. Ambasada jest raczej passé, poza tym za mała i trochę tam za sztywno. Niech będzie więc pub. Nazwa swojska — Zagłoba, ale właściciel to rodowity Irlandczyk, choć czasem syrenką pojeździ, polskie: „cholera” i „Jezus Maria” — i nie tylko — zna.

— Moi polscy znajomi męczyli mnie, tuż przed wejściem Polski do Unii, że nie mają swojego biało-czerwonego miejsca do spotkań. Po roku nie wytrzymałem i rozpisałem wśród nich konkurs na nazwę nowej knajpy. Polskiej — wspomina David Nolan, 37-letni właściciel Zagłoby.

Dwa bratanki

Jak twierdzi, kokosów tu nie zarabia, bo pub jest na to za mały, ale ma inne biznesy, z których żyje. Jest firma rekrutująca pracowników w Polsce, małe przedsiębiorstwo inżynieryjne i prowadzony wraz z żoną znacznie większy od Zagłoby jazzowy klub Blue Note. Do tego jego ojciec jest właścicielem firmy inżynieryjnej Atlantic Projects Company, zatrudniającej na całym świecie 500 osób, w tym 200 Polaków.

— Wychodzi na to, że musiałem was polubić. Wszędzie otaczali mnie Polacy, więc cieszę się razem z nimi, że jest jakieś miejsce, w którym wspólnie tworzymy w Irlandii tzw. Little Poland.

Przybyszów znad Wisły ceni za to, że w odróżnieniu na przykład od Chińczyków świetnie integrują się z dublińczykami. Zdaniem Nolana, jeśli chodzi o pomysły na wolny czas, zabawę, drinki czy muzyczny gust, jesteśmy jedną wielką rodziną. A w Zagłobie to się ogniskuje, poza tym lokal ma, niczym książkowy bohater, misję.

— Ten pub to nierzadko pierwszy adres, który słyszą Polacy lądujący na wyspie bez grosza i znajomości języka — przekonuje Paulina Kazur, od roku barmanka w Zagłobie.

Przyjechała z irlandzkim kolegą dorobić sobie na dalsze studia dziennikarskie w łódzkiej filmówce. Pracowite wakacje trochę się przedłużyły, ale za Polską bardzo nie tęskni, bo w końcu po kilka, czasem kilkanaście godzin dziennie pracuje w jednym z centrów polskiego życia na Zielonej Wyspie.

— To taki punkt informacyjno-kontaktowy. Nierzadko umawiam na spotkania o pracę osoby nieznające ni krzty angielskiego. Po prostu za nie dzwonię do pracodawcy — śmieje się Paulina Kazur.

Pozytywy pesymizmu

Czasem nasi trafiają tu w sposób nawet dla siebie nieoczekiwany. Wśród bywalców Zagłoby krąży historyjka o tym, jak to przed ostatnim Bożym Narodzeniem dwóch policjantów przywiozło do knajpy pewnego zdziwionego Polaka. A przecież wystawiony do wiatru przez znajomych, sam w obcym mieście, z 20 euro w kieszeni, prosił o odwiezienie do ambasady. Z Zagłoby przygarnął go na kilka dni jeden z barmanów, pomógł znaleźć pracę.

— Zawszem mówił, że gorzałka jeno tęgiej głowie służy — powtarzał Onufry Zagłoba.

W barze przy 98 Parnell St. niekoniecznie szuka się tylko pomocy czy pracy. Przede wszystkim się żyje, odpoczywa po robocie, popijając piwo czy mocniejsze trunki. I rozprawia się o życiu. W dwóch niedawno remontowanych salach w godzinach szczytu ponad setka osób siedzi nad kuflem, szukając kompanów do wypitki i pogaduszki.

— Są oczywiście robotnicy, ale też prawnicy i lekarze. Od młodych do prawie emerytów — charakteryzuje klientelę Paulina Kazur.

Atmosfera tu czasem jak w kultowych filmach. Może jak w „Kawie i papierosach” Jarmuscha ktoś zapali się na myśl o wynalazkach Nikoli Tesli czy jak w „Piwnych rozmowach braci McMullen” Burnsa poszuka pozytywów wynikających z pesymizmu. Może zaproponują takiemu na śniadanie małą czarną i szybki dymek. Tyle że tu akurat kopcić nie można, na mocy ustawy palenie w miejscach publicznych jest w całym kraju zabronione.

Polskie porsche

W godzinach barowego szczytu Zagłoba wygląda z daleka trochę jak mięsny za komuny. Kłębowisko ludzi spowitych szarym dymem, którzy wyszli „na fajkę”, zostawiając w środku kufel przykryty podstawką, żeby się zawartość nie rozgazowała. No i tak się stoi i rozprawia, zawieszając wzrok na przechodzących dziewczynach, szyldach pobliskiego polskiego sklepu i chińskich knajp. Co ambitniejsi wypatrują nieodległej Szpilki czy The Spire of Dublin, 120-metrowego metalowego monumentu postawionego kilka lat temu, nowej atrakcji miasta.

— Osiem baniek „jurków” na nią wywalili — dziwią się niektórzy szczodrości włodarzy Dublina.

Przecież u Zagłoby „żywczyk”, „leszek” czy „tysiak” są po cztery „jurki” (euro) z połówką, a po dwóch kufelkach wrażenia lepsze niż z gapienia się na kawał metalu. Jak zawieje albo zacina deszcz, co w Dublinie zdarza się przecież nierzadko, papierosek jest błyskawiczny, starczy czasu tylko na to, żeby syrenkę szefa zlustrować.

— W zeszłym roku wpadła mi przypadkowo w oko. Takie polskie porsche, ledwie kilkaset euro dałem gościowi z Poznania — śmieje się David Nolan, z wykształcenia inżynier budownictwa.

Z transportem nie było problemu, bo przyjechała razem z beczkami piwa z Polski, co to dowożą je do Dublina raz na sześć tygodni. Zabawa jest przednia, nieraz z kumplami w wolny weekend szaleje nią po mieście, wzbudzając sensację. A kumplami są nierzadko pracownicy Davida.

— Teraz jadę do Polski szukać 30 pracowników dla irlandzkiej firmy komunikacyjnej. Będę im tu wszystko załatwiał, pomagał w starcie i pewnie w ten sposób z kilkoma z nich się zżyję na dłużej.

Potwierdza to Paulina, barmanka:

— Jest przyjacielski, atmosfera tu świetna, dlatego nawet jak mam propozycję lepiej płatnej pracy, to nie chcę jej zmieniać. Bo liczy się klimat.

Góral Night

Przy piwie sobie pogadają, a najlepsze, zdaniem Davida Nolana, jest to z Żywca. Ale ponad wszystko, „absolutely the best” są wódeczki. Wyborowa, dla urozmaicenia żubrówka. Zagryzie się żurkiem aż gęstym od kiełbasy i jajka, na wielki głód czeka golonka i gołąbki. Zaprosi się Kasę czy Dżem, będzie się działo. W ogóle ten jego polski pub to jest „for fun”. Zapewnia, że nie wyobraża sobie siebie w roli szefa Zagłoby dłużej niż kilka lat. Potem chce przekazać lokal któremuś z Polaków, niech on to rozwija, szuka kokosów.

A on będzie miał więcej czasu na wycieczki po Polsce, gdzie ostatnio, w Szczyrku, oczarowała go góralska kapela. Lada moment, w ramach „Góral Night”, chłopaki w kierpcach zawitają więc przy Parnell St.

— Widzę, że wasza gospodarka idzie mocno do przodu. Kto wie, czy za kilka lat to Irlandczycy nie będą masowo do was przyjeżdżać do pracy — mówi dość serio David.

On jakby co, już się zabezpieczył, kupił przytulne mieszkanie przy ul. Józefa na krakowskim Kazimierzu, gdzie dawniej i sam Onufry zaglądał. n

Autonomiczny bohater

Pub Zagłoba mieści się przy ruchliwej ulicy, na której nie brakuje barów i restauracji. Patron ulicy, Charles Stewart Parnell, był ponad 250 lat młodszy od Onufrego Zagłoby. Urodził się w 1846 r. Pochodził ze wschodniego wybrzeża Irlandii, umarł w wieku 45 lat, ale wcześniej dał się poznać jako jeden z najwybitniejszych polityków w historii Irlandii. Zasiadał w Izbie Gmin i — poprzez Ligę Autonomiczną — nawoływał do niezależności Zielonej Wyspy. Do tego walczył o prawa chłopów i ubogich mieszczan. Za to wszystko aresztowali go Anglicy i oskarżyli o spisek antypaństwowy. Potem pojawiły się fałszywe listy mające go zdyskredytować, przyszła prawdziwa zdrada i poślubienie wieloletniej kochanki, czyli gotowa fabuła na film.

Insze lepsze

Irlandzkie piwa to głównie te ciemne spod znaku portera. Na początku XIX w. działało tam ponad 200 browarów, dziś 12. Dominuje Guinness, ale są też dwie marki produkujące konkurencyjne ciemne piwo typu stout, czyli Murphy’s i Beamish. Polscy producenci próbują podpiąć się pod legendę i stąd w naszych sklepach przeciętne piwa Dublin i Belfast.

Zagłoba policzony

4,5

euro Tyle kosztuje w Zagłobie duże polskie piwo z beczki.

90

proc. Taki odsetek klientów Zagłoby stanowią Polacy.

150

Nawet tyle osób jednocześnie może biesiadować w pubie przy 98 Parnell St.

Piwo herbowe

Właściciel Pubu Zagłoba zadbał nawet o to, żeby przybytek miał swoją

tarczę herbową. Zaprojektowana przez Jerzego Łuckiego, mieszkającego w Kanadzie potomka arystokratów, jest czwórdzielna. Na górze, po lewej stronie na złotym tle widać ukoronowaną dziewicę siedzącą na niedźwiedziu. Obok na czerwonej ćwiartce umieszczono tzw. znak runiczny, okraszony złotą gwiazdą i półksiężycem po lewej i prawej stronie. W ćwiartce na ukos, na czerwonym tle, znajdziemy trzy posrebrzane, leżące równolegle sztaby. Ostatnia ćwiartka tło ma błękitne, a na nim widnieje odwrócona podkowa z krzyżem kawalerskim w środku. Na to nałożona jest tarcza z herbem w postaci podkowy nabitej na bułat. Estetyczna zagryzka do piwa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy