Rajd śmierci: wyścig Paryż-Madryt w 1903

opublikowano: 24-05-2016, 18:08

Wieczorem, 24 maja 1903 r. trwający od kilkunastu godzin rajd z Paryża do Madrytu został przerwany na skutek decyzji rządów Francji i Hiszpanii. Z ust do ust przechodziła wiadomość o dziesiątkach wypadków i wielu ofiarach śmiertelnych. Postulowano wprowadzenie pierwszego powszechnego ograniczenia prędkości i zakaz rozwoju branży motoryzacyjnej.

Przełom XIX i XX wieku to czas ogromnego zainteresowania szybko rozwijającą się motoryzacją. Już w 1894 r. zorganizowano wyścig z Paryża do Rouen, w kolejnych latach Automobile Club de France (ACF) w porozumieniu z siostrzanymi organizacjami z innych krajów Europy przeprowadził rajdy do Marsylii, Berlina czy Wiednia. 

Zobacz więcej

Katastrofa samochodowa wyścigu Paryż-Madryt - rycina w magazynie Le Petit Journal Supplément du Dimanche.

Zdawano już sobie jednak sprawę z zagrożeń, jakie występują w trakcie wyścigu po komunalnych, wąskich (nieprzystosowanych jeszcze do ruchu samochodowego) drogach, wzdłuż których tłoczyli się gapie dopingujący zawodników. Wielu ludzi, jak dorodne owoce obsiadało gęsto porastające pobocza drzewa, doprowadzając nieraz do ich powalenia i nagłego zatarasowania drogi. 

Już w 1901 r., po zawodach na trasie Paryż-Berlin, francuski minister spraw wewnętrznych poinformował, że nie będzie zgody na powtórzenie rajdów na drogach publicznych. Wobec tego zaprotestowali producenci maszyn stanowiący coraz bardziej istotny sektor gospodarki nad Sekwaną. Prezes ACF argumentował, że drogi są publiczne, ale opinia publiczna zawodów żąda, a rząd poddaje się jej cyklicznej weryfikacji w wyborach powszechnych. Również hiszpański król Alfons XIII, pasjonat motoryzacji, naciskał na Paryż by zorganizować prestiżowy wyścig między dwoma stolicami. Te wszystkie zabiegi sprawiły, że władza dotychczas niechętna, musiała ulec. 

W ciągu 40 dni zapisano aż 300 ekip, dużo więcej niż się spodziewano. Wartość zgłoszonych samochodów przekroczyła zawrotną sumę 7 milionów franków. Podzielono je na kilka klas w zależności od wagi pojazdów. Trasę liczącą 1307 kilometrów podzielono na trzy odcinki: z Wersalu do Bordeaux (552 km) w poniedziałek, z Bordeaux do Vitorii (334 km) we wtorek i z Vitorii do Madrytu (420 km) w środę. Tylko pierwszy z nich był w miarę przystosowany do wyścigów, które (choć dużo mniejsze) już się kiedyś na nim odbyły. Obawy wiązano z kolejnymi etapami, na których drogi były miejscami nieutwardzone i przecinane przejazdami kolejowymi. 

Wśród nazwisk zgłoszonych uczestników znajdziemy wiele legend motoryzacji, jak bracia Renault, Charles Rolls czy Vincenzo Lancia. Niezwykle zróżnicowane były też same maszyny, w tym szalonym czasie szybkiego rozwoju techniki wyposażone w prototypowe rozwiązania. To wszystko doprowadziło do olbrzymiego zainteresowania - już o 2 w nocy w dniu i miejscu startu w Wersalu zgromadziło się 100 tysięcy gapiów. 

Z powodu tłumów przesunięto rozpoczęcie o pół godziny, ale odstęp między startami kolejnych samochodów zdecydowano się skrócić do zaledwie jednej minuty, ponieważ oficjalni goście chcieli uniknąć zapowiadanego na ten dzień w południe upału. 

Wyścig rozpoczął się przed 4 rano, ostatni samochód wypuszczono o 6:45. Przyjazdu pierwszego na metę w Bordeaux spodziewano się w okolicy południa. Już pierwszy samochód miał duże problemy z tłumami, musiał zwolnić do 65 kilometrów na godzinę z powodu gapiów wbiegających przed auto. Jazdę utrudniał też kurz na drodze wywołany przez dwutygodniową suszę oraz coraz mocniejsze światło i żar bijący od rozgrzanych silników pojazdów. Ograniczona do kilku metrów widoczność powodowała, że tłumy stawały na środku jezdni wyglądając samochodów i wpadając pod jadące auta.

Niezwykłego osiągnięcia dokonał Marcel Renault, który startując z 60. pozycji, na punkcie kontrolnym w Poitiers dogonił już czołówkę wyścigu. Jego brat, Luis, w południe jako pierwszy minął linię mety, ale po uwzględnieniu czasów zajął drugie miejsce. Zwycięzcą okazał się Fernand Gabriel, który startował ze 168. pozycji (czas 5 godzin 14 minut 31,2 sekundy).

Powoli do linii mety dojeżdżali kolejni uczestnicy, większość późnym popołudniem, ostatni po północy. Ci którzy osiągnęli metę donosili o wypadkach, jakie mijali po drodze. Połowa uczestników nie ukończyła wyścigu, kilku miało zginąć tragicznie rozbijając wozy o drzewa albo masakrując grupki gapiów. Donoszono nawet o przypadku spalenia się żywcem zawodnika, który wszedł pod wóz próbując naprawić zepsuty od temperatury silnik. Wśród ofiar znalazł się także wybitny, wspomniany wcześniej Marcel Renault, który jadąc niezwykle szybko pojazdem swojej konstrukcji stracił panowanie nad kierownicą, rozbił samochód i po dwóch dniach zmarł nie odzyskując przytomności.

Już na pierwsze informacje o wypadkach zareagował francuski parlament. Nakazano przerwać wyścig, policja miała zatrzymać uczestników w Bordeaux, przetransportować pojazdy na granicę hiszpańską i pozwolić im kontynuować rajd od tego miejsca. Na to jednak nie zgodził się rząd w Madrycie, co oznaczało definitywne zakończenie zawodów. 

Zgodnie z poleceniem władz w Paryżu auta zatrzymano, zaprzężono do nich konie, które pociągnęły je na najbliższe stacje kolejowe i pociągami wróciły one do stolicy. Rozpoczęła się wielka dyskusja o przyczynach i konsekwencjach tragedii.

Zarzuty chętnie stawiano premierowi, Emilowi Combes, który zgodził się na przeprowadzenie rajdu. Ten jednak argumentował, że nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa ruchu samochodowego. Stanowczo odrzucał propozycje wprowadzenia powszechnego ograniczenia prędkości do 40 km/h oraz zakazu rozwijania nowych technologii motoryzacyjnych, na co zyskał zresztą poparcie obu izb parlamentu na drodze specjalnej uchwały. Nie wszystkie redakcje dały się też ponieść demagogicznym prądom, choć niektóre sformułowania mogą budzić konsternację, jak to użyte w gazecie la Presse, że trzy ofiary wśród gapiów to w istocie niewielka ofiara złożona na ołtarzu Postępu. 

Kiedy opadł wreszcie kurz wznieciony przez setki pojazdów na trasie do Bordeaux, sprawą wypadków zajęli się specjaliści. Stwierdzili oni, że podstawowym problemem była prędkość na nieprzygotowanej drodze. Auta osiągały 140 km/h na drodze przystosowanej najwyżej do jazdy konnych dyliżansów. Kontrola nad rozpędzoną maszyną stawała się niemożliwa przy niemal zupełnym braku widoczności z powodu pyłu. Z drugiej strony tumany widzowie próbujący dostrzec nadjeżdżające auta wpadali pod koła wychodząc na środek drogi niezatrzymywani przez policjantów zainteresowanych bardziej samochodami niż ludźmi. 

Ostatecznie stwierdzono tylko dwa wypadki śmiertelne z udziałem kierowców (w tym ten z udziałem Marcela Renault), oba spowodowane brakiem widoczności. Nie potwierdziły się spektakularne plotki o wybuchach silników i płonących rajdowcach, choć faktycznie połowa maszyn uległa różnego rodzaju awariom. I choć już po kilku dniach opinia publiczna zajęta była kolejnym, skromniejszym rajdem w Ardenach, to wielki wyścig na drogach publicznych zorganizowano dopiero w faszystowskich Włoszech w 1927 r. (Mille Miglia). 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Dobrowolski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Historii / Rajd śmierci: wyścig Paryż-Madryt w 1903