Rak zdrowego rozsądku

Wojciech Surmacz
22-10-2004, 00:00

Nie pokonamy korupcji bez gruntownej, bolesnej reformy służby zdrowia. Tej zaś nie chcą ani firmy farmaceutyczne, ani większość lekarzy.

Kilka dni temu grupa najlepszych specjalistów od służby zdrowia i zwalczania korupcji spotkała się, by znaleźć odpowiedź na pytanie, jak uprościć mechanizmy rządzące polskim systemem lecznictwa i jak zapobiegać szalejącej tam korupcji. Konkluzje z konferencji „Przejrzystość w ochronie zdrowia” nie były wesołe: reforma jest możliwa, ale rządzącym brakuje woli do wielkiej zmiany, przy jednocześnie ogromnym oporze środowiska lekarzy z jednej, zaś firm farmaceutycznych z drugiej strony. Na razie korupcja — jak złośliwy nowotwór — pożera i trawi coraz to nowe obszary publicznej służby zdrowia.

Przyczyna to nie tylko zagmatwane prawo i brak pieniędzy, ale też narosłe przez dziesiątki lat przyzwyczajenia Polaków. Już trzy lata temu Fundacja Batorego opublikowała raport „Pacjenci i lekarze o korupcji w publicznej służbie zdrowia”. Dokument obnażył nieformalny system ochrony zdrowia w Polsce. Łapówkarskie zależności porażały skalą, formą, bezkarnością.

Autorka „chorego” raportu, dr Anna Kubiak z Uniwersytetu Łódzkiego podkreśla, że praktycznie wszystkie dane są do dziś aktualne — ponad 2 miliony Polaków wciąż płaci lekarzom pod stołem… — I tylko 40 proc. uważa to za łapówki! — stwierdza z przerażeniem.

Imperium korupcji

Zdaniem ministra zdrowia Marka Balickiego, przyczyny korupcji to: niewłaściwa polityka lekowa, niskie płace w służbie zdrowia, niezrozumiały i wadliwy system kontraktowania świadczeń zdrowotnych, przenikanie się publicznej i prywatnej opieki zdrowotnej oraz ograniczenia w dostępności świadczeń.

— Kto chce zrozumieć to zjawisko, musi przeczytać „Imperium korupcji — korupcja w Rosji i Królestwie Polskim 1861 – 1917” Andrzeja Chwalby — poleca minister.

On sam — zapewne po lekturze — znalazł już receptę:

— Pierwszy krok to oddłużenie szpitali i utworzenie autonomicznego urzędu rejestracji produktów leczniczych. Zmiany przygotujemy do połowy przyszłego roku — zapewnia. Deklaruje też pełną jawność i przejrzystość funkcjonowania resortu zdrowia.

— Już teraz jesteśmy jedynym ministerstwem, które na bieżąco raportuje prace swoich komisji — chwali się Balicki.

— Gdy pytałam o zasady dopuszczenia na rynek pewnego leku, usłyszałam od urzędnika: „Komisja była jawna, ale kryteria tajne” — komentuje Magdalena Władysiuk-Blicharz z HTA Consulting.

A Julia Pitera, prezes Transparency International Polska, szczerze życzy powodzenia doktorowi Balickiemu. Ma jednak wątpliwości: czy z pokonaniem korupcji poradzi sobie lekarz?

— Tu potrzeba solidnego, pozbawionego sentymentów menedżera. Pan Balicki jest lekarzem i zawsze w jakiś sposób będzie uzależniony od tego środowiska. A że oddłuży szpitale? No i co? Przecież kończy się zawsze tak samo, te rozpasane instytucje po roku mają jeszcze większe długi! — irytuje się prezes TI Polska.

Faza komercji

Uczciwi lekarze tylko zgrzytają ze złości, gdy słyszą o nadużyciach w służbie zdrowia. Doktorowi Tomaszowi Pasierskiemu, ordynatorowi Oddziału Kardiologii Szpitala Kolejowego w Międzylesiu, jest szczególnie przykro.

— Lekceważymy piękne wzory, lekarzy społeczników, takich jak Chałubiński, teraz panoszy się wszechobecna komercjalizacja — martwi się Pasierski.

A jeszcze bardziej bolesne od żałosnego łapówkarstwa na poziomie lekarz–pacjent są dla niego kwestie nieetycznych postaw koncernów farmaceutycznych. Jak mówi: gigantyczna korupcja, której rozmiary bardzo ciężko określić (szacuje się, że na nieprawidłowej ordynacji leków Polska traci rocznie 600 mln zł!) występuje tu w czterech obszarach: gratyfikacje za przepisywanie leków, promocyjna dystrybucja darmowych leków, turystyczne wyjazdy naukowe i marketingowe zabiegi tzw. czwartej fazy. Najbardziej burzy mu krew ta ostatnia forma. Badanie czwartej fazy to sterowanie produktami już wprowadzonymi na rynek: lekarz zapisuje pacjentowi lub daje za darmo lekarstwo, a przy okazji kolejnej wizyty bada reakcję organizmu — często bez wiedzy chorego.

— Oczywiście taki lekarz jest za to sowicie wynagradzany przez firmy — w różnej formie. A przecież nie wypada się bawić za cudze pieniądze w kraju, gdzie ludzie odchodzą z kwitkiem z aptek, bo nie mają pieniędzy. Do mnie na oddział trafiają 2-3 osoby dziennie tylko dlatego, że nie biorą leków, bo ich na nie stać! — oburza się Pasierski.

Nożem w tkankę

Tymczasem prof. Jacek Ruszkowski, dyrektor Centrum Zdrowia Publicznego w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego, uważa, że ochrona zdrowia jest skazana na przemysł, a przemysł na ochronę zdrowia. Takich komercyjnych zależności nie można uniknąć. I dodaje, że nie zgadza się z tezą, że lekarze biorą, gdzie się da, bo w polskim systemie jest za mało pieniędzy. Jego zdaniem jest ich wystarczająco dużo, tylko poważnie szwankuje zarządzanie… Profesor mówi, że łapówkarskie problemy środowisk medycznych są u nas tak rozległe, że można je porównywać z chorobą nowotworową.

— Na raka są rozmaite sposoby. Ten nowotwór trzeba po prostu chirurgicznie wyciąć — mówi Ruszkowski.

Jego zdaniem, w Polsce regularnie nie przestrzega się przepisów rejestracji leków, zaś łapówki wręczane urzędnikom przez zachodnie koncerny warte są krocie. A to i tak ułamek tego, co na swoich produktach zarobią później farmaceutyczni giganci.

Skalę procederu chciała poznać Aleksandra Gielewska, redaktor naczelna „Służby zdrowia”. Wiosną 2003 roku — po tym jak ujawniono tzw. aferę Deszczyńskiego — jej redakcja zwróciła się do środowiska z anonimową ankietą zawierającą 12 kluczowych pytań o korupcję w branży…

— Wysłaliśmy ankiety do 130 prezesów firm farmaceutycznych w Polsce. Wielokrotnie ponawialiśmy prośby, daliśmy ankietę do gazety. Odpowiedziało 21 osób, kilka innych zaś odmówiło w sposób tyleż kategoryczny, co wręcz wulgarny. Zaś jeden z prezesów odmówił tekstem otwartym: trzeba nie mieć nic do stracenia, żeby ujawniać korupcję na najwyższych szczeblach zarządzania! — relacjonuje Gilewska.

Zdaniem Jolanty Sabat, dyrektora ds. polityki zdrowotnej w MSD Polska, w naszym kraju brakuje debaty publicznej, zaś wiele rozwiązań wprowadza się bez konsultacji ze specjalistami. Dlatego system szwankuje, co otwiera drogę do nadużyć i sytuacji korupcjogennych.

Bez scenariusza

Julia Pitera jest przekonana, że polską służbę zdrowia można wyleczyć z korupcji. Wszystko zależy od politycznej woli rządzących. Tyle, że potrzebna jest do tego spójna koncepcja. Jej brak powoduje brak woli i kółko się zamyka. Zdaniem prezesa TI Polska, nasi politycy nie są skorzy do podejmowania radykalnych kroków, bo boją się utraty popularności. Wolą nowelizować ustawy i prowadzić jałowe dyskusje w stylu: co było lepsze — kasy chorych czy Narodowy Fundusz Zdrowia? Tracimy czas, gdy tymczasem rak korupcji trawi resztki tkanki systemu ochrony zdrowia…

— Ciekawe, kiedy politycy się zorientują, że popełniają kardynalny błąd! Przecież ktoś, kto rozprawi się z tym bałaganem raz na zawsze, zostanie przez Polaków ozłocony! — zżyma się Pitera.

A Maciej Wnuk, członek zarządu TI Polska, sumuje: Tak naprawdę ochrona zdrowia nie jest wyjątkiem. Korupcyjny nowotwór to choroba, której przerzuty widać praktycznie w każdej dziedzinie naszego życia.

Dziękuję Maciejowi Chyżowi z TI Polska, za pomoc w zbieraniu informacji

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Rak zdrowego rozsądku