Minister i premier nie mówią jednym głosem. To wprawdzie standard w polskiej rzeczywistości, ale dość niepokojący.
W ostatnich tygodniach sporo medialnego szumu wywołały informacje formułowane przez Stanisława Kluzę, ministra finansów. Było tak np. w przypadku odkrycia czteromiliardowej budżetowej „dziury Kluzy” czy uznania przez ministra obniżki stawek PIT za prawdopodobną już w przyszłym roku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że premier Jarosław Kaczyński i jego ugrupowanie nieco inaczej zapatrują się np. na podatkową rzeczywistość.
— Mam wrażenie, że jeśli tylko Stanisław Kluza powie coś obiektywnego i dobrego, od razu dostaje pstryczka w nos od polityków PiS i wszystko odwołuje. Widać, że brakuje mu zaplecza i pozycji, jaką w rządzie powinien mieć minister finansów — ocenia Zbigniew Chlebowski z PO.
Problemy z komunikacją między premierem a ministrem finansów dostrzegają także koalicjanci. Ale, jak widać, rynki się tym nie przeraziły. I rzeczywiście. Bo, jak przypomina Mateusz Szczurek, główny ekonomista ING, takie nieścisłości na linii premier — minister finansów nie są u nas niczym nowym.
— Większość poprzedników Stanisława Kluzy była besztana przez premierów: dziura Bauca doczekała się komisji, plan Kołodki zastąpiono planem Hausnera, akcyzowe pomysły ministra Gronickiego przycięto, a pomysł Zyty Gilowskiej, by odebrać 50-procentowe koszty uzyskania przychodu twórcom, przepadł. To stanowisko wymaga podejmowania niepopularnych decyzji: podwyższanie podatków albo cięcie wydatków jest zawsze nie po linii polityków. Nie ekscytowałbym się tym specjalnie. To normalne — uważa ekonomista ING.
Ryszard Petru, główny ekonomista Banku BPH, zauważa, że polityka informacyjna, jaką prowadził wiceminister Stanisław Kluza, była bardzo dobra. Ale nie brakuje wpadek.
- Powstaje wrażenie, że komunikacja między premierem a ministrem jest niedoskonała — twierdzi Ryszard Petru, zwracając uwagę na sposób przekazania informacji o brakujących 4 mld zł.
Bartosz Krzyżaniak