W Prudniku kona fabryka butów. Jej bramy codziennie przekracza 210 osób. Już wiedzą, że dla ich zakładu nie ma ratunku.
Ale — jak ognia — unikają ofert pracy. Dlaczego?
Czarny, realny scenariusz: maszyny i buty z magazynów — na wniosek wierzycieli — zajmuje komornik. Ludzie czekają już tylko na upadłość. Liczą, że odzyskają zaległe pensje i dostaną odprawy. Nawet gdyby mieli na nie czekać miesiącami...
Do roboty przychodzą przede wszystkim z przyzwyczajenia. Bo zakład niby pracuje. Większość pracowników nie otrzymuje pensji od kwartału. Niektórzy ostatnie wypłaty dostali we wrześniu 2003 roku.
Szanse
„Prudnickie Zakłady Obuwia Primus — produkcja obuwia w szerokiej gamie — w tym obuwie zdrowotne”. Taka notka figuruje w oficjalnym spisie firm w gminie Prudnik. Prawdopodobnie Primus zniknie wkrótce z liczącego 30 pozycji katalogu. Nawet pracownicy przyznają, że stan zakładu to wegetacja, który — ku ich zadowoleniu — nieuchronnie zbliża się ku upadłości.
O tym, że fabryka ma poważne problemy, w Powiatowym Urzędzie Pracy wiedziano już półtora roku temu.
— Nic nie wskazywało, że sytuacja zakładu może się zmienić... Nie mieliśmy wątpliwości, że pracowników Primusa — wcześniej czy później — czekają grupowe zwolnienia. Do zagrożonej załogi kierowaliśmy propozycje od innych pracodawców z Prudnika i okolic. Ja i mój zastępca kilkakrotnie zjawiliśmy się na spotkaniach z pracownikami. Nasze działania w takich sytuacjach to m.in. szkolenia i pożyczki dla osób z pomysłami — mówi Danuta Lewandowska, szefowa prudnickiego PUP.
Na początku 2003 roku do jej urzędu wpłynęła propozycja od Fabryki Mebli Prudnik, należącej do niemieckiej firmy Steinhoff. To była prośba o wyszukanie 50 osób chętnych do pracy. W grudniu zgłosiła się po kolejną trzydziestkę.
— Mają produkcję i zbyt. Poszukiwali ludzi do szycia tapicerki skórzanej. W sumie — podobna praca do tej w fabryce obuwia. Pracownikom Primusa, bo do nich najpierw się zwróciliśmy, zaproponowaliśmy przyuczenie do nowej pracy. Fabryka mebli gwarantowała, że zatrudni 90 proc. osób po szkoleniu. Oferta dotyczyła pracy na akord. Nieduże pieniądze, ale wynagrodzenia — pewne. Cieszyłam się, że — zamiast wypełniania wniosków o rejestrację w urzędzie pracy — mogliśmy od razu zaoferować nową pracę. Tym bardziej że produkcję butów wstrzymano. Naszą propozycję popierał zarząd firmy, dając załodze do zrozumienia, że perspektywa poprawy sytuacji rysuje się mgliście — opowiada Danuta Lewandowska.
Rezerwa
Odzew ze strony zagrożonej załogi był mizerny. Na ostatnie szkolenie, po którym pracę w Steinhoffie miało otrzymać 30 osób, zgłosiło się z Primusa 4 chętnych. Ale z obsadzeniem pozostałych wolnych etatów PUP nie miał problemów. Stopa bezrobocia w powiecie prudnickim sięgnęła 17,7 proc.
Pracownicy Primusa nie żałują, że nie skorzystali z okazji przejścia do fabryki mebli ani z podobnej oferty — produkującej wiązki elektryczne dla koncernu Volkswagena — spółki Coroplast.
— Miałem zostawić 20 lat pracy i iść na niepewną posadę? — pyta retorycznie jeden z nich.
Nie ukrywa, że został w Primusie, bo jeśliby odszedł z własnej woli, utraciłby prawo do odprawy. Te — w wysokości uzależnionej od stażu pracy — zgodnie z kodeksem pracy przysługują jedynie zwalnianym w czasie restrukturyzacji — z powodów leżących po stronie pracodawcy. Mówiąc potocznie: w ramach zwolnień grupowych. Zakład chciał pozbyć się części pracowników, ale nie było go na to stać.
— Nikt się nie chce wyzbyć przywilejów. Jak sam się zwolnię, nie dostanę „kuroniówki” — mówi inny zatrudniony.
— A po co Panu „kuroniówka”? Przecież może Pan iść do pracy w innej firmie!
— I po miesiącu mnie zwolnią!
— Skąd Pan to wie?
— Nie ma pewności, że człowiek będzie się nadawał do innej pracy... Ci, którzy przeszli do fabryki mebli, nie mają stałych umów. Teraz przedłużyli im umowy do końca kwietnia. Kilka osób już zwolnili...
Joanna Stąpor, prokurent w Fabryce Mebli Prudnik, koordynowała rekrutację:
— Zwolniliśmy 2 osoby — ewidentnie nie spełniały naszych wymagań. Pozostali pracują. Mają umowy na czas określony, ale — takie czasy — teraz prawie nikt nie zatrudnia na stałe.
Postawy pracowników Primusa nie rozumie Danuta Lewandowska. Ale próbuje...
— Mówimy o ludziach, którzy spędzili w Primusie po 10-20 lat i nigdy nie mieli do czynienia z rynkiem pracy. Niedawno przyszła do mnie znajoma. Chciała być pomocnikiem magazyniera. Przecież takich ofert pracy nie ma! Czasem trzeba zmienić zawód... Ale może te panie z zakładu obuwia nie wyobrażają już sobie innego pracodawcy? — pyta.
Nasze racje
Pracownicy winą za sytuację zakładu obarczają kolejnych prezesów. W ostatnich kilkunastu miesiącach było ich czterech.
— Nowy prezes, który przyszedł kilkanaście dni temu... Nie wiadomo po co: powiedział, że zakład nie ma pieniędzy, a on sam nie ma za co kupić sobie papierosów. Śmiech na sali! — denerwuje się pracownik Primusa.
Dostaje się i burmistrzowi: nie potrafił zapanować nad spółką — mimo że miasto miało 51 proc. udziałów.
Najbardziej zdesperowani zwalniają się sami z art. 55 kodeksu pracy. To sposób na zyskanie 3-miesięcznej odprawy i prawa do zasiłku.
Ludzie z Primusa krytykują też system szkoleń przyuczających do pracy w fabryce mebli, a finansowanych przez PUP.
— Kto na tym korzysta? Pracownicy za miesięczne szkolenie zarabiają sto złotych. Za to firma ma przez miesiąc darmową siłę roboczą — mówią jeden przez drugiego.
— Mnie zaproponowali szkolenie, ale w czasie urlopu. Przecież nie mogłam się na to zgodzić — podkreśla jedna ze szwaczek.
Miasto
Prudnik nie przypomina wyglądem typowych miast na Opolszczyźnie, z których znaczna część do dziś nie otrząsnęła się z powodzi sprzed niemal 7 lat. Prudnicka starówka jest zadbana i nawet burmistrzowie okolicznych gmin nazywają ją perełką. Na wyrost, ale niech im będzie... Ale perełką na pewno da się nazwać niedawno odrestaurowany ratusz.
Najlepiej jednak utrzymanym, a przy tym — wnioskując po kolejkach — najczęściej odwiedzanym lokalem w mieście jest powiatowy urząd pracy.
— Jeszcze w latach 80. zakłady obuwia były dumą Prudnika. Fabryka świetnie prosperowała: mokasyny eksportowano nawet do Wielkiej Brytanii. Primus był zdecydowanie największym pracodawcą w okolicy: zatrudniał ponad pół tysiąca pracowników — wspomina Dantuta Lewandowska.
Buty spod Opola znajdowały uznanie nie tylko polskich i zagranicznych klientów, ale i wyczulonych na jakość kontrolerów Państwowej Inspekcji Pracy. Prudnicki zakład otrzymywał od nich wysokie noty.
Tak było kiedyś.
— Po urynkowieniu gospodarki okoliczne zakłady zaczęły się restrukturyzować. Wszystkie — prócz Primusa, który najdłużej wytrwał jako przedsiębiorstwo państwowe i — wskutek oporu związków zawodowych — zwlekał z redukcjami załogi — dodaje szefowa prudnickiego PUP.
Pieniędzy zabrakło w 2001 roku. Primus stracił płynność finansową. A pracownicy — po raz pierwszy — dostali pensje z opóźnieniem i w ratach. Postawione pod ścianą organizacje związkowe podpisały z zarządem porozumienie, uprawniające go do zwolnienia 120 z 410 zatrudnionych. Zarząd Primusa zwrócił się do burmistrza Prudnika z prośbą o pożyczkę 1 mln zł — na zakup surowców. Ostatecznie miasto utworzyło z zakładem spółkę (objęło większościowy pakiet udziałów i — za pożyczone pieniądze — dokapitalizowało ją kwotą 1,5 mln zł). Sprawy wprawdzie poszły nie tak jak powinny i w końcu okazało się, że burmistrz utopił w Primusie półtora miliona, ale prudniczanie — choć z wyjątkami — nie mają o to pretensji. Chciał ratować miejsca pracy — mówią. Zgodnie z prawdą.
Dokąd?
Brama do zakładów Primus sąsiaduje z odrapanymi ścianami podwórek okolicznych kamienic. Na drzwiach wejściowych wisi co prawda informacja, że fabryka poszukuje pilnie 15 szwaczek, ale wszyscy wiedzą, że chodzi o krótkie zamówienie.
Praca jest, ale góra na kilka tygodni. Co dalej? Nie wiadomo. Nie wiemy nawet, czy za tę robotę dostaniemy pieniądze — spekulują robotnicy.
Jakby na prośbę pracowników — w zeszłym roku Primus złożył wniosek o upadłość.
— Może — przy odrobinie szczęścia — ktoś to od syndyka wykupi i fabryka znowu ruszy? — marzy jeden z nich. I dorzuca:
— A jak nie, zawsze możemy się przekwalifikować i poszukać zajęcia gdzie indziej. My się pracy nie boimy!
Okiem eksperta
Tak jest i będzie
Na sytuację w prudnickiej fabryce nałożyły się dwie sprawy. Z jednej strony pracownicy są mocno przywiązani do miejsca pracy i nie chcą rezygnować z poczucia bezpieczeństwa, które daje im praca w tym zakładzie — nawet w obliczu jego bankructwa. Z drugiej strony — boją się ryzyka: przejścia do nowej firmy. Pracownikom byłych państwowych lub państwowych przedsiębiorstw prywatne firmy często kojarzą się z wyzyskiem — niskie zarobki, więcej obowiązków, widmo nagłego zwolnienia i brutalne rozliczanie z wyników pracy. Obawy mogłyby zmniejszyć bardziej atrakcyjne propozycje pracodawców — głównie oferty wyższych zarobków. To zmotywowałoby ludzi do podjęcia wyzwania. Niestety: żadne terapie fachowców od socjologii czy psychologii tutaj nie pomogą. Moim zdaniem prawda jest taka, że nawyków z socjalistycznych zakładów pracy nie da się zmienić. W tym sensie to ludzie narażeni na niepowodzenie na kapitalistycznym rynku pracy.
Profesor Wojciech Łukowski
socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie
