Ratuszowa dla hazardzistów
Stara Ratuszowa na poznańskim rynku przyciąga staropolską kuchnią i miłym wnętrzem. Odstrasza nonszalancją obsługi i niechlujnym sposobem serwowania posiłków. Od tej restauracji lepiej trzymać się z daleka i nie ryzykować zapraszania do niej kontrahentów na business lunch.
Widziałam bary mleczne, w których zastawa była wykwintniejsza, a obsługa bardziej dbająca o dobre samopoczucie gości.
W Starej Ratuszowej ktoś pomyślał o ciepłym, półmrocznym wystroju piwnicznych sal, ktoś inny o skomponowaniu ciekawego staropolskiego menu — jest nawet czernina z kaczki z kluseczkami — nikt natomiast nie zadbał o ładne podanie potraw. Nonszalancja kelnerek jest absolutnym skandalem, jeśli zważyć, że Ratuszowa nie jest tanią jadłodajnią.
Żur z kiełbasą w chlebie, to brzmi apetycznie. W istocie zupa jest zawiesista, aromatyczna, dobrze doprawiona. Tyle, że naczynie, czyli chleb, już nie pierwszej świeżości i byle jak wydrążony. Grzybowa z łazankami pachnie miło, ale jest tłustawa i wodnista — lepiej skosztować jej w innym miejscu. To co kucharz Starej Ratuszowej przyrządza wybornie, to kapusta — kwaśna, miękka, bez przesadnych dodatków. Doskonała z dużym schabowym w chrupiącej panierce. Golonka w piwie prawie niejadalna. Przesuszonego, łykowatego mięsa nie jest w stanie doprawić mikroskopijna porcja zwietrzałego chrzanu.
Obiad w Starej Ratuszowej przypomina grę w ruletkę albo dostanie się dobrze nakryty stolik, albo siedzi się na powypalanej sofie, albo kelnerka zjawi się natychmiast, albo trzeba mocno się natrudzić, by zamówić kolejne danie, albo trafi się z karty coś pysznego, albo popija cienki bulionik. Tu także, jak w grach hazardowych, przeważnie się nie trafia.