Ratyfikowanie to oczywistość

20-02-2013, 00:00

Debata europejska Sejmu pokazała, dlaczego premier Donald Tusk opóźnił ratyfikowanie paktu fiskalnego.

Jeszcze w grudniu kombinował, żeby na szczyt Rady Europejskiej jechać już z ratyfikacją w teczce. Zorientował się jednak, że dla pozycji Polski w rozgrywce o siedmiolatkę 2014-20 nie będzie to miało jakiegokolwiek znaczenia. Ratyfikowanie tuż po szczycie połączone zostało natomiast z informacją dla Sejmu o budżetowym triumfie. Doceńmy jednak ewolucję propagandy sukcesu. W ustach władzy nieśmiało pojawia się wątek rosnącej w latach 2014-20 polskiej składki, radykalnie zmniejszającej kwotę netto. Przebija się także przeliczenie funduszy spójności na mieszkańca, co degraduje Polskę z pozycji unijnego lidera do rangi średniaka. Takiej liczbowej uczciwości domagałem się bezpośrednio po szczycie w komentarzu „Trwa żonglerka kwotami brutto”.

Sejmowe starcie chwilami skręcało na takie euromanowce, że rozmywał się jego sens. Polityczny bój toczył się przecież o lakoniczny zapis: „Wyraża się zgodę na dokonanie przez prezydenta RP ratyfikacji traktatu o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Walutowej pomiędzy… (tu nazwy 25 państw) sporządzonego w Brukseli dnia 2 marca 2012 r.”. Stanowiska klubów znane są od dawna. Przy teoretycznej stuprocentowej obecności posłów ustawa znajduje w Sejmie poparcie w stosunku 304:156. To przewaga miażdżąca, ale do konstytucyjnej poprzeczki 307 głosów, ustawionej na poziomie 2/3 składu Sejmu, trzech brakuje… Uwzględniając nieobecności, w środę na tablicy realnie wyświetli się wynik, powiedzmy, 290:148 — przy którym nieosiągalna wciąż większość kwalifikowana wyniosłaby 292.

Te liczby tłumaczą istotę obudowanego najróżniejszymi argumentami starcia. Prawo i Sprawiedliwość oraz Solidarna Polska nigdy nie poprą paktu fiskalnego, zatem zastosowanie większości kwalifikowanej oznaczałoby odrzucenie ustawy. Przy większości zwykłej przejdzie ona z ogromnym zapasem. Czysto retoryczne pytanie zatem brzmi: która większość zostanie przez Sejm przyjęta w uchwale proceduralnej, poprzedzającej właściwe głosowanie ratyfikacyjne?

Notabene zatwierdzenie paktu przez parlament Polski nie ma jakiegokolwiek znaczenia dla jego wejścia w życie. Nastąpiło to 1 stycznia 2013 r., po ratyfikowaniu przez dwunaste z siedemnastu państw Eurolandu — akurat była to Finlandia. W strefie euro naprawdę nikogo nie obchodzi, czy jakieś państwo używające własnej waluty do paktu przystąpi. Dlatego zasadne jest pytanie — po co się tam w ogóle pchamy i ile to będzie kosztowało? Ze wszystkich argumentów za i przeciw najważniejszy wydaje mi się taki fragment z preambuły paktu: „Szefowie państw lub rządów państw strefy euro i innych państw UE stawiają sobie za cel jak najszybsze włączenie postanowień niniejszego traktatu do traktatów stanowiących podstawę UE”. Otóż to — na razie pakt ma status jedynie umowy międzyrządowej i nie należy do unijnego systemu prawnego. Ale z przyjętego przez wspólnotę kursu nie ma już odwrotu — kto w rozsądnym terminie nie znajdzie się w Eurolandzie, może się z UE wypisać.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Ratyfikowanie to oczywistość