Powyższy tytuł w zasadzie wystarczyłby za cały komentarz do ogłoszonej wczoraj przez premiera na parkiecie warszawskiej GPW sensacyjnej — bo taka była, mimo sygnałów ją przepowiadających — decyzji o niekandydowaniu na prezydenta RP. Donald Tusk
wprost przepojony był żądzą zrewanżowania się
Lechowi Kaczyńskiemu za porażkę sprzed pięciu lat, ale
na ostatniej prostej, gdy prezydencki fotel był już pewny
— w duszy premiera zwyciężył pragmatyzm! To prze-
miana bardzo ciekawa z punktu widzenia psychologii.
Konstytucja z roku 1997 nadała Pol-
sce ustrój parlamentarno-gabineto-
wy, z pewną domieszką prezydencką
— odczuwalną głównie wtedy, gdy oba
ośrodki władzy idą na udry. Ale to gospo-
darz gmachu wspomnianego w tytule,
czyli Kancelarii Prezesa Rady Mini-
strów przy warszawskich Alejach
Ujazdowskich, trzyma w ręku sznurki
państwa, chociaż protokolarnie nume-
rem pierwszym, rzecz jasna, jest loka-
tor dużego pałacu przy Krakowskim
Przedmieściu. Tak naprawdę
Donaldowi Tuskowi marzy się w Polsce ustrój amerykański, z prezydentem stojącym na czele rządu — ale to mrzonka.
Integralnym elementem układanki premiera jest obsadzenie w dużym pałacu swojego człowieka, który nie będzie już patronem opozycyjnego rządu na wewnętrznym wychodźstwie. Idealnym kandydatem rezerwowym jest Bronisław Komorowski, przygotowywany od dawna, a namaszczony przez szefa PO w ubiegłym tygodniu. Marszałek Sejmu będzie rywalem wyjątkowo niewygodnym dla Lecha Kaczyńskiego, bo wytrąci mu z rąk ulubione zabawki — był internowany, prowadzi aktywną politykę patriotyczną, jest wzorcowym katolikiem z piątką dzieci etc. Te okoliczności powinny radykalnie zmienić obraz kampanii, a przede wszystkim zdjąć z niej piętno sporów o gospodarkę. I to jest pierwsza konkretna korzyść z decyzji Donalda Tuska…