Dotychczas polski rynek pracy był w połowicznej recesji — spadały realne dochody pracowników, ale zatrudnienie utrzymywało się na stabilnym poziomie. Teraz regres jest już pełny. Kurczą się nie tylko wynagrodzenia, ale też zmniejsza się liczba miejsc pracy. Polskie firmy zatrudniały w listopadzie 5497 tys. osób, czyli o 0,3 proc. mniej niż rok wcześniej — podał GUS. To pierwsza ujemna wartość wskaźnika od marca 2010 r.

— Sytuacja na rynku pracy ulega wyraźnemu pogorszeniu. W samym listopadzie z sektora przedsiębiorstw ubyło 13 tys. pracowników. To największy jednomiesięczny spadek zatrudnienia od maja 2009 r. — zaznacza Adam Czerniak, ekonomista Kredyt Banku.
Przez ostatnie cztery miesiące zatrudnienie okazywało się stosunkowo odporne na problemy polskiej gospodarki (roczna dynamika przez cztery miesiące utrzymywała się na zerowym poziomie). Ten mur jednak pęka.
— Sama wielkość spadku zatrudnienia, czyli 0,3 proc. rocznie, nie jest złym wynikiem, jeśli weźmie się pod uwagę skalę spowolnienia gospodarczego w Polsce. Martwi jednak to, że redukcje miejsc pracy w listopadzie mocno przyspieszyły — dodaje Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK. Słaby popyt na pracowników ze strony pracodawców sprawił, że zatrudnieni mają coraz mniejszą siłę przetargową w negocjacjach płacowych. Statystyczny pracownik dostał w listopadzie 3781 zł brutto pensji. To o 2,7 proc. więcej niż przed rokiem, ale inflacja w tym czasie wyniosła 2,8 proc. Realnie siła nabywcza przeciętnej pensji spadła więc o 0,1 proc. Skoro kurczy się i zatrudnienie, i wynagrodzenia, „z dwóch stron” zmniejsza się już tzw. fundusz płac, czyli suma pieniędzywypłacanych co miesiąc wszystkim pracownikom. W listopadzie ubiegłego roku było to 20,31 mld zł, teraz to 20,78 mld zł. Choć nominalnie oznacza to wzrost o 2,3 proc., to realnie fundusz płac skurczył się o -0,4 proc.
Jeśli dodać do tego prognozowany przez ekonomistów dalszy spadek dynamiki zatrudnienia i wynagrodzeń, a także zapowiadane zwolnienia w budownictwie czy w branży motoryzacyjnej (zwłaszcza w fabryce Fiata w Tychach), trudno spodziewać się nasilenia popytu krajowego — zarówno konsumpcyjnego, jak i inwestycyjnego.