Reklama leci po Adama

Karol Jedliński
opublikowano: 20-02-2010, 08:52

Olimpijski medal Małysza oznacza jego powrót do reklamowej ekstraklasy. A przed nim w sobotę kolejna szansa. Ale nawet bez "złota" Orzeł z Wisły może żądać 300 tys. zł za kampanię. 

Już miał skakać, gdy dzwonił telefon od Idei. Odbierał i zagryzał czekoladą Goplany, czasem podjadał zupki Winiarów. No i jak kleił, to Atlasem, jak jeździł, to Audi... Potem leciał. Na pocztę. Był wszędzie.

Jednak po kilku latach zniżki formy sponsorzy marketingowcy trzymają Adama Małysza na dystans. Ostał się głównie wierny Red Bull. Do tego ubezpieczyciel Generali i paliwowy Lotos. Czy po srebrnym medalu olimpijskim wróci reklamowy run na najbardziej rozpoznawalnego sportowca w Polsce? W sobotę przed Małyszem kolejna szansa na medal. Być może...złoty. Ten najważniejszy w jego karierze. Niejako ją podsumowujący.

— Dobra forma sportowa przy dobrej oglądalności telewizyjnej to dla Małysza komfortowa sytuacja w negocjacjach —ocenia Grzegorz Kita, prezes zarządu Sport Management Polska zajmującego się m.in. marketingiem sportowym.

Rozważny skok
Marek Staniszewski, członek zarządu ds. strategii w grupie Young Rubicam Brands, przypuszcza, że pomysł na wykorzystanie sportowca z Wisły w dużej, ogólnopolskiej kampanii właśnie się rodzi.

— Ktoś zapewne będzie chciał szybko zdyskontować sukces. Jednak Adam Małysz powinien się nad taką ścieżką zastanowić. Od strony marketingowej potrzebuje wreszcie długofalowej strategii. Przemyślanej, dobranej do jego wizerunku i charakteru —uważa Marek Staniszewski.

Co można by sprzedawać "na Małysza"? Według ostatnich badań, nadal około 70 proc. ludzi kojarzy Małysza tylko z Red Bullem. Wyłom zrobić mogłyby nie tylko jego ukochane samochody czy abonamenty operatorów komórkowych. Także marki kojarzone z wyzwaniami, walecznością.

— Sprzęt elektroniczny, firmy technologiczne — typuje Marek Staniszewski.

Ale nie tylko.

— Małysz skutecznie przekonuje, że od niebezpieczeństwa warto się ubezpieczyć. Współpracujemy z nim już od sześciu lat — podkreśla Paweł Wróbel, szef marketingu w Generali.

Kop w telewizji
8,3 mln Polaków obejrzało transmisję konkursu skoków narciarskich w Vancouver. Tak dobrych wyników ta dyscyplina w telewizji nie notowała od trzech lat, kiedy Adam Małysz ostatni raz wygrywał klasyfikację Pucharu Świata. I choć sponsorzy skoczka z jego ostatniego sportowego i frekwencyjnego sukcesu mieli niewiele, bo na igrzyskach znikają reklamy z kombinezonów narciarzy, to i tak swoje ugrała polska marka odzieżowa. Chodzi o 4F, ubierającą polskich olimpijczyków i zawodników Polskiego Związku Narciarskiego.

— Nigdy nie rozważałem dużego kontraktu indywidualnego z Adamem. Nie ukrywam jednak, że to, iż taki mistrz i idol pokazuje się w telewizji w kurtce naszej marki, daje nam sprzedażowego kopa — przyznaje Igor Klaja, właściciel 4F.

Już teraz 100-200 tys. zł zapłaty za dużą kampanię dla Małysza byłoby faux pas i spotkałoby się z odmową. W najlepszych czasach małyszomanii stawki sięgały pół miliona złotych.

— Obecnie 300 tys. zł za kampanię wydaje się być właściwą wyceną — mówi Grzegorz Kita.

Złoto na dużej skoczni jeszcze podbiłoby stawkę.

— Daję 35 proc. szans, że kolejny olimpijski konkurs skoków obejrzy ponad 10 mln Polaków. A taką widownię gromadziły tylko najciekawsze mecze reprezentacji piłkarzy i dawne popisy Małysza. Siatkarze, Kubica czy piłkarze ręczni mogą o takich wynikach tylko pomarzyć — uważa Grzegorz Kita.

Tak jak mogą pomarzyć o tym, by w badaniach być w trójce marek najbardziej szanowanych przez Polaków. Obok Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i Wedla.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane