Polski handel zagraniczny wreszcie znalazł się na wyraźnym plusie. W lutym 2013 r. nadwyżka eksportu nad importem wyniosła 602 mln EUR — podał Narodowy Bank Polski (NBP). To historyczny rekord. Od początku 2000 r. (odkąd zbierane są dane) nasz handel odnotowywał nadwyżki tylko trzykrotnie, w dodatku zawsze tylko na jeden miesiąc i nigdy nie przekroczyły one 300 mln EUR (przed 2000 r. prawdopodobnie było jeszcze gorzej). Pięta achillesowa polskiej gospodarki, czyli niemal permanentny deficyt w handlu ze światem, przynajmniej na jakiś czas przestaje nam dokuczać.

Nie ma tego złego...
Ten korzystny bilans handlowy cieszy, bo przywraca równowagę makroekonomiczną polskiej gospodarce. Jeśli kraj stale ma deficyt w obrotach handlowych, oznacza to, że więcej konsumuje, niż produkuje. Takie gospodarki tracą zwykle konkurencyjność i są coraz bardziej uzależnione od otoczenia, a przez to popadają w różnego rodzaju kłopoty.
Z tego punktu widzenia to dobra wiadomość, że Polska obecnie więcej produkuje, niż konsumuje (czyli wytarza więcej niż tylko na własne potrzeby, a nadwyżkę sprzedaje z zyskiem).
— Nadwyżka handlowa częściowo rekompensuje spadek popytu wewnętrznego w Polsce i tym samym wspiera nasz wzrost gospodarczy — mówi Piotr Dmitrowski, ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego. Warto jednak zaznaczyć, że obecna nadwyżka w handlu zagranicznym Polski ma słodko-gorzki posmak.
Nie jest to bowiem efekt ekspansji polskiego eksportu, ale po prostu jeden z pozytywnych skutków ubocznych silnego spowolnienia gospodarczego w naszym kraju (obok niskiej inflacji). Słaby popyt sprawił bowiem, że niemal załamał się import. W lutym wyniósł 11,5 mld EUR, co oznacza spadek rok do roku aż o 8,8 proc. To najgłębszy spadek od listopada 2009 r.
— Dla polskiej gospodarki to normalne, że w okresach dekoniunktury następuje silna redukcja importu. W kraju spada bowiem zarówno popyt inwestycyjny, jak i konsumpcyjny na towary z zagranicy — tłumaczy Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK. Tymczasem eksport pozostaje w Polsce dość stabilny.
Rośnie — co jest samo w sobie dobrym wynikiem, przy recesji w strefieeuro — ale o żadnej silnej ekspansji polskich firm za granicą nie może być mowy. Jak wynika z danych NBP, w lutym nasz eksport wyniósł 12,1 mld zł, czyli tylko o 3,2 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Przy spadającym imporcie ten niewielki wzrost eksportu wystarczył, żeby nasz bilans handlowy wystrzelił i pokazał sporą nadwyżkę.
Im lepiej, tym gorzej
Taka struktura handlu sprawia, że ekonomiści do obecnej nadwyżki podchodzą z rezerwą. Skoro wywołał ją kryzys, to jest zjawiskiem przejściowym. Kiedy koniunktura w Polsce zacznie się poprawiać — a według większości prognoz, ma to się stać już w najbliższych miesiącach — popyt na towary z zagranicy zacznie się odbijać. Czyli import pójdzie lekko w górę i nadwyżka w handlu zniknie.
— Oczekujemy, że w najbliższych miesiącach saldo w polskim handlu zagranicznym będzie bliskie zeru, czyli eksport będzie na podobnym poziomie co import — twierdzi Piotr Piękoś, ekonomista Banku Pekao. Później — może w przyszłym roku — kiedy koniunktura w Polsce wyraźnie się poprawi i wzrost gospodarczy wróci w okolice 3 proc., sytuacja wróci do normy, czyli w bilansie handlowym prawdopodobnie znowu pojawi się permanentny deficyt — nasza gospodarka znowu będzie musiała czerpać z importu, żeby zaspokoić swój popyt.