
Zawsze wiedział, że chce robić coś twórczego. Od dzieciństwa tańczy w balecie. A według niego restauracja także jest sceną.
– Również tu powstają rzeczy kreatywne, wyjątkowe, ludzie wymyślają potrawy, tworzą restaurację jak chorografię. Hedonizm jedzenia wyniosłem z domu rodzinnego, potem sam go kultywowałem. Odkąd byłem nastolatkiem i zacząłem chadzać do restauracji, spotykać się tam ze znajomymi, wiedziałem, że w przyszłości będę chciał stworzyć własne miejsce. Ale lont podpalił mój przyjaciel Kuba Ciołkowski. Trzy lata temu zadzwonił do mnie i powiedział: zróbmy to razem – mówi Piotr Klimczak.
Dzielenie się przy stole
Ich wymarzony lokal – Joel Sharing Concept – został otwarty przy ul. Koszykowej Warszawie w 2021 r., kiedy jeszcze obowiązywały obostrzenia pandemiczne. Początkowo wydawał tylko dania na wynos, a i tak pod drzwiami ustawiały się kolejki. Być może dlatego, że wspólnicy postawili na współczesną kuchnię Izraela – własnej produkcji ser labneh z dodatkami czy długo pieczony kalafior z tartymi pomidorami, czosnkiem, kuminem, natką pietruszki, prażonymi migdałami, labneh z za’atarem, masłem i oliwą to było coś innego niż sushi, pizza czy burgery.
Ale jedzenie to tylko część sukcesu. Za resztę odpowiadają rzeczy, które można zobaczyć i zrozumieć, odkąd lokal zaczął już normalnie funkcjonować. To idea sharingu, czyli dzielenia się – dosłownie – jedzeniem z małych talerzyków, ale też wrażeniami czy opowieściami, bo stoliki w Joelu stoją tak blisko siebie, że trudno tego uniknąć. Także wystrój restauracji – minimalistyczny, z mocną nutą nostalgii wyrażoną w starych przedmiotach – zachęca do pozostania tam dłużej.
Od tańca do biznesu

Dla współwłaściciela warszawskiej restauracji jej założenie było życiowym przełomem. Wcześniej był profesjonalnym tancerzem baletu – występował m.in. w „Romeo i Julii”, tańcząc tytułową rolę męską, i w „Dziadku do orzechów”. Często w Hiszpanii, Niemczech, we Włoszech, ale Tel Awiw już wtedy go kusił, nie tylko kulinarnie. Chciał się dostać do tamtejszego zespołu baletowego, jednak nieszczęśliwie był za wysoki.
– Balet to moja ogromna miłość. Bardzo dużo dawał mi emocjonalnie i fizycznie. Zacząłem się kształcić na profesjonalnego tancerza, kiedy miałem 10 lat, a skończyłem karierę jako 32-latek – wtedy zatańczyłem swój ostatni spektakl. Mogłem to robić dalej, ale nie chciałem. Wiedziałem, że za 10 lat i tak będę musiał zejść ze sceny i wolałem zrobić to teraz, a nie kiedy ciało odmówi mi współpracy. Poza tym zawsze chciałem czegoś więcej niż tylko tańca. Marzyło mi się udane życie rodzinne i jeszcze inne wyzwania zawodowe. Postanowiłem się przebranżowić – wspomina Piotr Klimczak.
Powoli wygaszał swój kontrakt w Niemczech i zaczął pracę w warszawskiej gastronomii. Był współtwórcą i głównym menedżerem baru Weles, potem stworzył dla inwestorów Charlie Bar na Mokotowskiej. Najpierw chciał zdobyć doświadczenie, zamiast od razu rzucać się na głęboką wodę.
Przyjaźń i współpraca

A jednak mało brakowało, by Joel nie powstał. Zanim Piotr Klimczak otworzył ze wspólnikiem lokal, przechodził przez trudny okres w życiu. Wyjechał nawet do Londynu i zastanawiał się, czy tam nie wystartować z restauracją.
Wtedy zadzwonił do niego Jakub Ciołkowski, jego wieloletni przyjaciel, wcześniej związany z agencjami reklamowymi, a od dłuższego czasu pracujący w rodzinnym biznesie w branży przemysłowej. I zaproponował nagłą zmianę planów.
– Przyjaźnimy się od 20 lat. Najpierw wspólnie imprezowaliśmy, potem sporo podróżowaliśmy – jeździłem po świecie, żeby wspierać i oglądać Piotrka w kolejnych przedstawieniach baletowych. Kiedy skończył karierę artystyczną i postanowił związać swoją przyszłość z gastronomią, poczułem, że musimy zrobić to razem. Kazałem mu natychmiast wracać do Warszawy – opowiada Jakub Ciołkowski.
Przyjaciel przyleciał do kraju następnego dnia. Spędzili długie godziny, omawiając koncept lokalu. W ich rozmowach coraz częściej pojawiał się Tel Awiw i związane z nim smaki. Miasto, które obaj uwielbiają. Pełne słońca, ludzi, morza i restauracji, których energia jest najbliższa ich stylowi.
– Myślę, że to ogromnie inspirujące i ciepłe w odbiorze miasto najlepiej opisują takie słowa, jak prostota, smak, kolor i jakość produktu. W Izraelu można to dostać na każdym rogu. Tam restauracje są autentyczne i trudno trafić na coś słabego. Jesteśmy w Tel Awiwie zakochani, dlatego staramy się tam być przynajmniej raz w roku – podkreśla Piotr Klimczak.
Dlatego szybko zyskali pewność: stworzą w Warszawie miejsce z daniami współczesnej kuchni Izraela. Kiedy tylko ustalili kierunek, pojechali do Tel Awiwu, żeby świadomie poszukać tam kulinarnych inspiracji.
Codziennie jadali nawet w pięciu restauracjach, zastanawiając się, co naprawdę im smakuje, i obserwując wystrój lokali, żeby zrozumieć, co tworzy ich wyjątkowy klimat i jakie pomysły są godne uwagi. Kiedy wrócili do Polski, zaczęli poszukiwania miejsca. Zresztą krótkie.
– Lokal przy Koszykowej był pierwszym, który obejrzeliśmy. Wcześniej mieścił się w nim sklep spożywczy. Od razu się zdecydowaliśmy i poszliśmy na żywioł. Adaptacja pomieszczenia była czasochłonna i trudna, ale szczęśliwie przez to przeszliśmy – mówi Piotr Klimczak.
Pomocne było to, że wiedział dokładnie, czego chce – miał w głowie detale wystroju: od kamiennych blatów po stare, zmurszałe lustra. Bo to on odpowiada za estetykę miejsca, jego klimat i menu. Jakub Ciołkowski zajmuje się sprawami budowlanymi, prawnymi i technicznymi.
Otworzyli się 13 lutego 2021 r., bo jak mówią, 13 to ich szczęśliwa liczba. Zresztą 13 lipca są imieniny Joela. To chyba rzeczywiście działa. Od drugiego miesiąca działalności byli rentowni. A Piotr Klimczak odebrał ostatnio w Krakowie nagrodę Restaurator Roku 2022.
Sekret Joela
– Prowadzimy tę restaurację razem, ale bezinteresownie pomagają nam przyjaciele. To, że się przyjaźnimy, też ma niemałe znaczenie. Zastanawiamy się nad każdą decyzją, uważając, żeby nie wpłynęła źle na naszą znajomość. To w ludziach tkwi sekret Joela. On łączy pokolenia, przychodzą tu wszyscy: od najmłodszych po seniorów. A my staramy się dbać o naszych pracowników, mieć z nimi koleżeńskie stosunki – podkreśla Jakub Ciołkowski.
– To lokal dla świadomych i szczęśliwych ludzi, którzy potrafią dostrzegać małe rzeczy i się nimi cieszyć. W naszym kraju o to trudno. A mnie się wydaje, że kiedy zamykasz za sobą drzwi Joela, to czujesz się trochę tak, jakbyś na chwilę wyjechał z Polski – dodaje jego wspólnik.
I opowiada, że Joel był trampoliną do pięknych rzeczy w jego życiu.
– Tu poznałem moją narzeczoną. Zaprosiłem Brygidę na randkę w ciemno do swojej restauracji. Trochę cliché, ale ja to lubię, jestem romantykiem. Między nami powstała niesamowicie piękna energia. Przed wejściem przywitaliśmy się, jakbyśmy znali się od lat, i przegadaliśmy ponad siedem godzin, nie wychodząc stąd długo po zamknięciu lokalu. Lubię myśleć, że Joel przyczynił się do tego, że jestem dziś szczęśliwy. Brygida bardzo mi pomaga w prowadzeniu tego miejsca – to spod jej ręki wychodzą wszystkie kompozycje kwiatów, razem ze mną wybiera i szuka zastawy vintage i to z nią konsultuję wszystkie moje pomysły – mówi Piotr Klimczak.
Magia miejsca

Detale są najważniejsze. Zapach armeńskich kadzideł łączący się z aromatem przypraw, przygaszone światło, kwiaty, świece, muzyka z winyli, stary gramofon… To tworzy unikalną atmosferę tego miejsca.
Wnętrze zaprojektowane przez Kingę Mostowik, koleżankę Piotra Klimczaka, jest przez niego nieustannie dopieszczane, a elementy wystroju – vintage’owe krzesła i bibeloty sam upolował na targu staroci bądź w internecie. A także dostał od ludzi, bo goście często przynoszą w prezencie stare talerze czy inne przedmioty. Trafiła się np. zastawa z Ćmielowa i kryształowe kieliszki.
Restaurator suszy wszystkie kwiaty, które trafiają do lokalu, a także okadza go szałwią lub palo santo, by – jak mówi – oczyścić miejsce. Wierzy bowiem, że wszyscy zostawiamy po sobie jakąś energię.
Kto wpadnie do Joela, to – jeśli będzie miał szczęście – spotka Jakuba Ciołkowskiego, który bywa tam zawsze, jeśli akurat nie wyjedzie na narty, co uwielbia, lub nie będzie pochłonięty sprawami biznesowymi. Prawie na pewno natknie się za to na Piotra Klimczaka – współwłaściciel jest na miejscu codziennie, podaje potrawy, rozmawia z gośćmi, a czasem nawet zamiata chodnik przed wejściem do restauracji. Tylko nie gotuje. To robi jedynie prywatnie, gdy łapie oddech w domu na Mazurach.
– To dla mnie magiczne miejsce. Mój brat ma tam dwa piękne stare domy, które odrestaurował. Pomagam mu i spędzam tam dużo czasu. Zresztą na Mazurach, w lesie, oświadczyłem się Brygidzie. Jeżdżę tam, żeby się wyciszyć i złapać równowagę. Ostatnio pracuję stamtąd nad projektem nowego miejsca. Jakiego? To na razie tajemnica. Na pewno nie chcę tworzyć sieci restauracji ani niczego podobnego, bo cenię sobie spokój w życiu, nie chcę przesadzać. Ale pewien rozwój planuję – tajemniczo kończy restaurator.

