Restauracyjnym szlakiem: W mateczniku pani Magdy

aktualizacja: 16-03-2017, 11:49

Od dawna planowaliśmy wpaść do Fukiera. Nie tylko po to, by sprawdzić czy może przypadkiem tam, jak w innych nawiedzanych przez telewizyjną Mistrzynię restauracjach, nie „śmierdzi coś potem”.

Zaświadczamy, że w Fukierze nie śmierdziało. Po wcześniejszych rozczarowaniach w innych restauracjach Mistrzyni byliśmy przekonani, że tym razem z jej matecznika wyczołgamy się na Stary Rynek w Warszawie nie tylko na kolanach. Także w pokutniczych workach. Zamówiliśmy polskiego schabowego. Miał być z kapustą i do tego na całą patelnię. A jaki był? 
Składał się  z dwóch chytrze ułożonych kotletów. Smażonych na jakimś bezbarwnym tłuszczu (ani śladu masełka). W obu przypadkach smakowo generalnie wstyd (56 zł). A zasmażana kapusta też dawno utraciła swoje panieńskie dziewictwo. I aromaty.
Schabowy ze szkolnej stołówki jawił się nam w tym kontekście jak książę z bajki. Zwłaszcza, że u Mistrzyni podają go (jak kurczaka w restauracji Polka) na zimnych talerzach.
Dla odmiany zamówione przez nas dla towarzystwa alzackie białe wino było kokieteryjnie ciepłe: 18,6 st. C (zmierzyliśmy). A pomyśleć, że przed II wojną światową żadne śluby koronowanych głów w Europie nie mogły się obyć bez win sprowadzanych od Fukiera. W swoich piwnicach mieli Tokaje z XVII wieku.Do tego trzymane i podawane w godziwej temperaturze.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Stanisław J. Majcherczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Restauracyjnym szlakiem: W mateczniku pani Magdy