Podczas powoływania gabinetu premiera Marka Belki — zarówno 2 maja jak i 11 czerwca — jedynym obecnym w Pałacu Prezydenckim przewodniczącym partii (nie licząc Izabeli Jarugi-Nowackiej, która weszła do rządu) był Krzysztof Janik. Ustawiał się skromnie, pod ścianą, ale czujnie sprawował nad uroczystością ogólny dozór polityczny. Czuł się uprawniony, albowiem to przecież Sojusz Lewicy Demokratycznej wykreował gabinet, misternie zbierając na decydujące głosowanie sejmową większość.
Wczorajsze spotkanie premiera z jego bazą polityczną potwierdziło, iż 15 października SLD ponownie się spręży, zmobilizuje aliantów, nakaże wasalom, i wotum zaufania nie powinno być zagrożone. Nie oznacza to jednak, że lewica nie ma do Marka Belki licznych zastrzeżeń. Jak to sformułował przewodniczący Janik, „gdy współdziałają ze sobą dwa mechanizmy, to nie brakuje tarć”. Zdecydowanie najgłośniej zgrzyta obecnie w trybach podatkowych. Premier potwierdził, iż jest przeciwny „głębszym” — cokolwiek by to miało znaczyć — zmianom w podatkach, natomiast Sojusz zdecydowanie zamierza wprowadzić korekty „poprawiające los najuboższych”. Notabene w tej sprawie SLD znajduje zrozumienie po prawej stronie sejmowej sali, z której często rozchodzi się zapach jeszcze większego populizmu. Szczegóły poznamy dopiero podczas sejmowych prac nad pakietem ustaw podatkowych, który dzisiaj zapewne zostanie skierowany — wbrew wnioskowi PO — do komisji.
Polityczne zaplecze rządu podtrzymuje zapowiedź skrócenia kadencji Sejmu i przeprowadzenia wyborów 29 maja 2005 r. My z kolei podtrzymujemy wielokrotnie wyrażaną wątpliwość, czy wiosną znajdzie się co najmniej 307 sprawiedliwych posłów, którzy sami sobie skrócą o cztery miesiące słodkie życie. Niezależnie jednak od tego, czy wybory odbędą się przed czy po wakacjach — wszystkie opcje liczą na dobrą pamięć elektoratu i dlatego przekrzykują się podatkowymi dobrodziejstwami. Politycznie sięgając marzeniami przed siebie, z punktu widzenia finansów publicznych — robią pod siebie.