Rocznica akcesji do UE bez fanfar

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2023-05-01 21:56

Dziewiętnastka to liczba pierwsza, dopiero 20. rocznica przynależności Polski do Unii Europejskiej (od 1 maja 2004 r.) będzie jubileuszowymi godami porcelanowymi.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Ze względów polityczno-taktycznych 19. rocznicy nie mogli pominąć prezydent Andrzej Duda i premier Mateusz Morawiecki. Notabene było coś bardzo symbolicznego w okoliczności, że wystąpili wspólnie w plenerze, ale wyłącznie do kamer TVP, w kompletnym odizolowaniu od społeczeństwa – w hermetycznym ogrodzie na tyłach Pałacu Prezydenckiego poniżej warszawskiej skarpy. Później prezydent nagrał dla TVP wywiad.

Nie wszystkie okoliczności przystąpienia Polski do UE były tak chwalebne, jak są przedstawiane z polityczną poprawnością. Podstawą ratyfikowania przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego traktatu akcesyjnego była nie ustawa – jak to przebiegło w 1999 r. w odniesieniu do NATO – lecz wynik referendum z 7-8 czerwca 2003 r. Pytanie sformułowano jednoznacznie: „Czy wyraża Pani/Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?”. Kluczowa okazała się frekwencja, uprawnionych do głosu było 29,87 mln Polaków i na szczęście udało się wynikiem 58,85 proc. przeskoczyć ponad wymaganym progiem 50 proc. W głosach wrzuconych do urn akcesja zwyciężyła z ogromną przewagą, procentowo 77,45 do 22,55. Natomiast w odniesieniu do liczby wszystkich uprawnionych wyniki wyszły nie tak optymistycznie – za Polską w UE opowiedziało się zaledwie… 45,25 proc. dorosłych Polaków, przeciwko 13,18 proc., zaś dla 41,57 proc. wszystko to było całkowicie obojętne. A zatem gdyby przeciwnicy UE prowadzili konsekwentnie kampanię bojkotu referendum, to Polska 1 maja 2004 r. by nie przystąpiła. Na szczęście sporo ich głosowało i paradoksalnie to właśnie oni… uratowali frekwencję!

Rocznicowe wystąpienia prezydenta i premiera były komplementarne, w końcu obaj reprezentują PiS. Wspólnym fundamentem stała się pewność kontynuacji rządów tej partii po zbliżających się wyborach. Wszystkie deklaracje o współpracy głowy państwa oraz rządu w obszarze polityki zagranicznej ukierunkowane były na trwałość obecnego układu także po październiku 2023 r. Drugim lejtmotywem 19. rocznicy była widoczna już na horyzoncie przechodnia prezydencja Polski w Radzie UE, która przypada nam w pierwszym półroczu 2025 (poprzednio było to drugie półrocze 2011). Ten organ jest międzyrządową drugą izbą legislacyjną, która wspólnie z Parlamentem Europejskim stanowi unijne prawo, czyli dyrektywy oraz rozporządzenia. To zadanie ważne, ale traktatowo ściśle ograniczone. Interpretacja rozszerzająca, że oto państwo przejmuje „prezydencję UE” to nie przejęzyczenie, lecz gigantyczne nadużycie oraz nieuczciwa samochwalba polityków. Sztafeta półrocznych prezydencji znalazła się w traktacie z 1957 r. ustanawiającym Europejską Wspólnotę Gospodarczą i biegnie także po jej rozwinięciu się w Unię Europejską. Wejście w pełni w życie od 1 stycznia 2010 r. reformatorskiego traktatu z Lizbony znaczenie prezydencji jednak radykalnie obniżyło. Poprzednio prezydent/premier kierował posiedzeniami Rady Europejskiej (RE) i zdarzały się szczyty, na których od niego zależało naprawdę dużo. Obecnie RE kieruje stały przewodniczący Charles Michel, zaś szef państwa/rządu, któremu przypada prezydencja, jedynie zajmuje koło niego fotel, ale jako szeregowy uczestnik.

Z nadymanego już balona tzw. priorytetów polskiej prezydencji 2025 należy zatem spuścić powietrze. Nacisk na relacje transatlantyckie, przyspieszenie unijnej akcesji Ukrainy i Mołdawii czy na sprawiedliwą transformację energetyczną to hasła równie szczytne, co iluzoryczne. Jedynym konkretem prezydencji może być np. zorganizowanie w Warszawie dodatkowego szczytu unijno-amerykańskiego, który jednak miałby sens tylko pod warunkiem, że 20 stycznia 2025 r. nie złoży ponownej przysięgi prezydenckiej izolacjonista Donald Trump. Natomiast w sprawie hipotetycznego negocjowania rozdziałów akcesyjnych przez Ukrainę i Mołdawię wyłącznym decydentem jest i będzie Komisja Europejska (KE). Tak naprawdę, gdyby odcisnąć polityczną wodę, prezydencja ministerialnej Rady UE sprowadza się do bardziej czy mniej sprawnego koordynowania prac nad aktami prawnymi autorstwa KE (żaden inny organ nie ma inicjatywy legislacyjnej). Aż i tylko tyle, nic więcej.

Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki nie tylko w kontekście unijnym nie wyobrażają sobie, aby po wyborach rządził ktoś inny niż PiS. Czy jednak ten sam premier – to już zależy wyłącznie od najwyższego władcy Jarosława Kaczyńskiego. Fot. KPRP / Przemysław Keller