Rocznice nie wpłyną na wybory

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2014-04-11 00:00

Czwarta rocznica katastrofy smoleńskiej nie różniła się specjalnie od drugiej czy trzeciej. Będące następstwem narodowej tragedii z 10 kwietnia 2010 r. społeczne pęknięcie zabetonowało się, chociaż raczej już się nie pogłębia, bo sięgnęło dna.

Nie ma szans na niekonfliktowe zaakceptowanie kiedykolwiek, nawet za trzy pokolenia, opartej na elementarnych prawach fizyki gorzkiej prawdy o przyczynach rozbicia się prezydenckiego samolotu. Odsetek wyznawców opartego na niedorzecznościach smoleńskiego kłamstwa wybuchowego niby nie jest duży, wierzy w nie zaledwie co siódmy Polak, ale z drugiej strony — to przecież liczba szokująco wielka. Pozostaje przyjąć istnienie tego zjawiska do wiadomości i starać się minimalizować jego skutki.

Dla przyszłości kraju najważniejsze jest pytanie, czy smoleńska wojna polityczna odciśnie się na wyborczych decyzjach Polaków. Odpowiedź jest na szczęście optymistyczna — w kolejnych głosowaniach jej wpływ spada, a okazjonalne nakręcanie tematu przez Prawo i Sprawiedliwość natychmiast urywa tej partii punkty w sondażach. Smoleńsk największe znaczenie miał na świeżo, gdy Jarosław Kaczyński na fali żałoby po śmierci brata Lecha osiągnął w 2010 r. relatywnie znakomity wynik prezydencki — w drugiej turze aż 46,99 proc. głosów. Prawdziwą próbą okazały się posmoleńskie wybory parlamentarne w 2011 r. Wtedy w decyzjach podejmowanych przez Polaków najważniejsza okazała się przyszłościowa kalkulacja, która ekipa lepiej poradzi sobie z wiszącym nad krajem kryzysem gospodarczym — i trochę więcej wyborców wskazało na Platformę Obywatelską.

Zbliżające się głosowanie europejskie 25 maja tak naprawdę będzie jedynie sondażem, wreszcie prawdziwym. Dlatego wstawianie do spotów wyborczych smoleńskiego wraku samolotu nie ma sensu merytorycznego, niezależnie od moralnej oceny takiego chwytu. Wybory samorządowe 16 listopada będą natomiast rządziły się specyfiką lokalną. Decydujący dla rozwoju Polski jest dopiero rok przyszły. Rzesza manifestująca 10 kwietnia na Krakowskim Przedmieściu marzy o wprowadzeniu się do pałacu wreszcie „prawowitego” prezydenta. Ale w czerwcu 2015 r., czyli tuż po piątej rocznicy Smoleńska, krata ogrodzenia pozostanie niezdobyta — reelekcja Bronisława Komorowskiego zapowiada się na oczywistość, a jedyną niewiadomą pozostaje, czy obecnemu gospodarzowi uda się powtórzyć sztukę Aleksandra Kwaśniewskiego z 2000 r. i odnowić mandat w pierwszej turze. Nadzieje ulicy hipotetycznie mogą się zatem ziścić dopiero w 2020 r., po dziesiątej rocznicy katastrofy.

Całkiem inna jest perspektywa późniejszych, przypadających na jesień 2015 r. wyborów do Sejmu i Senatu. Ich wynik jest otwarty i pozostanie taki do samego głosowania. Jeśli rzeczywiście nastąpi zmiana rządu, to nie będzie jednak echem Smoleńska, lecz skutkiem sytuacji gospodarczej i społecznej. Notabene trzeba jeszcze pamiętać o konstytucyjnym drobiazgu — partia, która wprowadza do Sejmu najwięcej posłów, wcale nie musi objąć władzy. Wystarczy, że dwa czy trzy kluby mniejsze utworzą koalicję, konieczną dla uzyskania przez premiera wotum zaufania.