Rok 2008 okresem wielkiej niepewności

Piotr KuczyńskiPiotr Kuczyński
opublikowano: 2007-12-31 17:58

Nie lubię pisania podsumowujących rok artykułów i wróżenia z fusów, czym obecnie stało się stawianie prognoz na rok następny. Być może zresztą ta moja niechęć wynika po części z wieku. Od pewnego czasu nie bardzo potrafię się cieszyć z tego, że kończy się kolejny rok, a ja się starzeję. Miałem już przed nowy rokiem niczego nie pisać, ale jednak przemogłem się, chyba przede wszystkim dlatego, że liczę na ożywioną (jak zawsze na tym forum) dyskusję. Licząc na nią zostawię ten tekst jako ostatni do końca następnego tygodnia.

W końcu 2007 roku amerykańskie (ale i na przykład japońskie) dane makro i rozwój sytuacji w sektorze kredytów i nieruchomości w USA nie pozostawiają żadnych wątpliwości - rok 2008 będzie dla rynków finansowych bardzo trudny i tak naprawdę nikt nie wie, jak się zakończy. Jeśli najbardziej cenione ośrodki analityczne i tak uznani (niekoniecznie słusznie) ekonomiści jak Alan Greenspan, były szef Fed, różnią się tym, że oceniają prawdopodobieństwo pojawienia się w USA recesji na od 1/3 do 1/2 to jasne jest, że wszystko może się w tym roku wydarzyć.

Na przykład niedawno Moody's Economy.com opublikował raport, w którym stwierdził, że kryzys na amerykańskim rynku nieruchomości utrzyma się do 2009 roku, a ceny domów spadną jeszcze o 30 procent (to byłaby katastrofa). Potwierdził tę opinię Morgan Stanley. Firma ta w swoim raporcie twierdzi, że istnieje poważne ryzyko kontynuacji spadku cen domów nawet przez 3 - 4 lat. Gdyby te prognozy się sprawdziły to recesja z pewnością się pojawi. Warto też odnotować, że Merrill Lynch ogłosił prognozę zgodnie z którą zysk operacyjny spółek z indeksu S&P 500 spadnie w 2008 roku o 7,3 proc. Widziałem też raporty innych renomowanych ośrodków, których prognozy wcale nie są dużo lepsze. Jeśli zyski spadają to po co kupować akcje?

Nie wiemy też, jak rozwinie się kryzys w sektorze finansowym. Jeśli rację mają ci analitycy, którzy twierdzą, że pojawią się problemy w sektorze hipotecznych kredytów regularnych, w kredytach samochodowych i na kartach kredytowych to recesja będzie praktycznie nieunikniona. Praktycznie, bo jest jeszcze jeden składnik tego równania - banki centralne i administracja amerykańska. Skoro posuwają się do wprowadzanie rozwiązań, które niejeden liberalny ekonomista nazwie neo-marksistowskimi (plan pomocy kredytobiorcom przygotowany przez administrację USA), to nikt nie wie, co jeszcze zrobią w celu ratowania rynków. Może się więc okazać, że uda im się zapobiec recesji w 2008 roku. Tyle tylko, że według mnie jedynie przesuną ją w czasie.

Kluczowa dla 2008 roku jest właśnie odpowiedź na pytanie o recesję w Stanach, ale nawet jeśli założymy, że wystąpi to nadal nie będziemy wiedzieli, czy sprawdzi się robiąca ostatnio karierę teoria decoupling (desynchronizacji). Zgodnie z nią znaczne spowolnienie gospodarki USA nie zaszkodzi globalnemu wzrostowi, bo uratują go kraje rozwijające się - przede wszystkim te należące do grupy BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny). Ja w tę teorię nie wierzę, bo jeśli USA zwolnią to będą mniej importowały z Chin, które i tak robią dużo, żeby spowolnić rozwijającą się gwałtownie gospodarkę. Trzeba też pamiętać o Igrzyskach Olimpijskich. Inwestycje w Chinach mogą już przed nimi się zmniejszyć. Jeśli zwolnią Chiny to zwolni cała, chino-centryczna Azja. Moim zdaniem teoria desynchronizacji jest błędna, a pojawienie się recesji w USA zaszkodziłaby bardzo giełdowym indeksom.

Kolejnym problemem, który wprowadza rynki w stan niepewności jest inflacja. W ostatnich kilkunastu latach, w zasadzie od połowy lat osiemdziesiątych XX wieku utrzymywała się ona na niskim lub nawet bardzo niskim poziomie. Nie zwiększały cen artykułów konsumpcyjnych nawet niezwykle szybko drożejące surowce. Większość z nich, a przede wszystkim ropa, podrożała o kilkaset procent w ciągu ostatnich pięciu lat. Przed inflacją broniła nas jednak tania siła robocza Chin, Indii i innych krajów rozwijających się oraz relatywnie tania żywność. Jednak płace w krajach - fabrykach zaczęły ostatnio dynamicznie rosnąć (w ostatnim roku w Chinach o 10 procent, a w Indiach o 14 procent, w Polsce zresztą też doświadczamy tego procesu), a wiele artykułów żywnościowych (pszenica, ryż, soja, kukurydza) od zeszłego roku zdrożało o ponad sto procent. Odpowiedzialny za wszystkie te wzrosty cen jest nie tylko wzrost popytu, o czym mówi się najczęściej wskazując popyt Chin i Indii, jako główny czynnik zwyżek. Niebagatelne, jeśli nie największe znaczenie ma działanie grających na zwyżkę cen funduszy inwestycyjnych. Jeśli mam rację to hossa na rynku żywności dopiero się rozkręca. Wzrost inflacji uniemożliwiłby FOCM obniżanie stóp procentowych, a to wprowadziłoby gospodarkę USA w stan stagflacji tak przecież zabójczy dla rynków akcji.

Ceny surowców zależą w dużym stopniu od zachowania rynku walutowego. Tutaj też jednak widzimy olbrzymie różnice poglądów. Ostatnio coraz więcej ośrodków analitycznych twierdzi, że rok 2008 będzie należał do dolara. Fundamentalny wpływ na wzmocnienie amerykańskiej waluty ma według ich prognoz mieć znaczne zmniejszenie deficytu handlowego i budżetowego USA oraz ... bessa na rynkach akcji, która sprowadzi kapitały z rynków rozwijających się do USA. Mówi się też, że państwowe fundusze (sovereign wealth funds) z krajów rozwijających kupujące akcje amerykańskich firm się (ostatnio Temasek z Singapuru kupił udziały w Merrill Lynch) będą swoimi zakupami wzmacniały dolara. Ten ostatni czynnik wydaje mi się być najmniej istotnym, wręcz wydumanym, ale argument o bessie trudno lekceważyć.

Bardzo istotny dla obrazu sytuacji jest kurs USD/JPY. Jeśli będzie spadał to rozpocznie się przecież likwidowanie pozycji carry trade (pożyczanie w jenie i inwestowanie w aktywa wysokiego ryzyka), a to bardzo zaszkodziłoby cenom surowców i indeksom giełdowym (szczególnie tym w krajach rozwijających się). Raport Mitsubishi UFJ Securities stwierdza, że upadek rynku nieruchomości doprowadzi do zmniejszenia zysków amerykańskich spółek i ograniczenia konsumpcji Amerykanów, a to zmusi Fed do drastycznych obniżek stóp. Obniżki te mają z kolei wpłynąć na znaczne osłabienie dolara w stosunku do jena. Mitsubishi UFJ Securities twierdzi, że jen wzmocni się w 2008 roku o 20 procent (do 95 jenów za dolara). Wydaje mi się bardzo mało prawdopodobne, żeby Bank Japonii dopuścił do tak znacznego wzmocnienia jena, które przecież dobiłoby i tak znowu bardzo słabą gospodarkę japońską, ale przecież wykluczyć takiego rozwoju sytuacji nie można.

Reasumując: sytuacja na początku roku jest niezwykle niejasna. Nie ma twardych argumentów przemawiających za jakimś wariantem rozwoju sytuacji. Intuicja podpowiada, że czeka nas bessa na rynku akcji i stagflacja w USA, ale ofensywa banków centralnych i administracji USA każe zachować ostrożność. Jedno jest pewne: zmienność na rynkach będzie olbrzymia, a fundamentalne czynniki będą przez czas dłuższy odgrywały niezbyt dużą rolę. Dlatego też, w pierwszej połowie roku, naczelną zasadą przy inwestowaniu powinno być: chronić kapitał i czekać na wyklarowanie się sytuacji.

Jeszcze raz życzę w 2008 roku wszystkim Czytelnikom tego bloga dużo zdrowia i samych sukcesów w życiu osobistym i zawodowym.