Rozczarujcie się i wróćcie

Danuta Hernik
opublikowano: 2003-03-28 00:00

Rozmowa z Jerzym Gudejką

- Puls Biznesu: Czym praca polskiego agenta różni się od zachodniego?

Jerzy Gudejko: Nie zatrudniamy trenerów, psychologów, religijnych guru, grupy prawników, inwestorów, masażystów... Poza tym nie widzę istotnych różnic — z wyjątkiem skali.

- Co pan wiedział o tej robocie w 89 r.?

J. G.: Na pytanie „jak pracuje agent?”, odpowiadałem wprost, że moja wiedza fachowa bierze się z filmu „Tootsie” i innych amerykańskich tytułów. Trochę żartem, ale szczerze, bo działaliśmy w dużej mierze intuicyjnie. Zaczęliśmy organizować — jako jedni z pierwszych w kraju — castingi... Choćby do reklamy, realizowanej w Danii z przeznaczeniem na rynki zachodnioeuropejskie i amerykański. W 1990 roku praca w Danii to była atrakcyjna propozycja może nie dla wielkiej gwiazdy, ale dla „zwykłego” aktora.

- Byliście pierwszą w Polsce agencją aktorską. Bez konkurencji. Mogliście budować układ zależności i zobowiązań...

J. G.: Aleksander Zelwerowicz, kiedy był dyrektorem teatru, mówił do studentów: „Wy idźcie najpierw do innego teatru, tam się rozczarujcie i dopiero przyjdźcie do mnie”. Prawda — nie sposób sprostać marzeniom, zwłaszcza artystycznym. I tu pojawia się jedna z istotnych ról agenta: temu, że artysta nie robi kariery, może być winny ktoś inny bardziej niż on sam. Rola odgromnika emocjonalnego — mówię to pół żartem, pół serio. I z tego punktu widzenia nasza sytuacja była niekorzystna: nie istniały inne agencje, by się tam rozczarować. Z innych względów przecieranie szlaków było dla nas korzystne — wtedy: brak konkurencji, teraz: pozycja nestora. Każda działalność pionierska dostarcza satysfakcji.

- Pierwsi aktorzy w agencji...

J. G.: Bogdan Szczesiak, Olek Trąbczyński, Zygmunt Sierakowski — czyli koledzy z Teatru Powszechnego.

- Było trzech, a teraz jest...?

J. G.: Około trzystu osób — gwiazdy i aktorzy z dorobkiem dużym, niewielkim lub w ogóle bez doświadczenia. Czasem znamy kogoś z dyplomu czy występu studenckiego, dostrzegamy jego możliwości i zapraszamy do współpracy. Spektakularnym przypadkiem wieloletniej wiary w niezwykły talent jest Iza Kuna, która teraz po raz pierwszy gra główną rolę w Teatrze Telewizji u Fabickiego. Dała się poznać w szkole Andrzeja Wajdy. Zaproponowaliśmy ją do etiud studenckich. Pokazała takie umiejętności, że Wajda powiedział: „Widzę pani Izo, że założyłem tę szkołę, żeby mogła pani sobie pograć”. Teraz wielu już wie, że to aktorka o ogromnym potencjale i talencie. A myśmy o tym wiedzieli od lat.

- A powroty do zawodu? Jak Henryka Gołębiewskiego...

J. G.: Obejrzeliśmy z moją żoną i wspólniczką Grażyną film o dzieciach, które grały w „Stawiam na Tolka Banana”. Dorosła droga życiowa potoczyła się chyba najmniej ciekawie Heniowi. W pewnym momencie Grażyna mówi: „Wiesz, że on mieszka na sąsiednim podwórku i Robert (nasz przyjaciel) jest jego sąsiadem? ”. No to zadzwoniłem do Roberta: „Słuchaj, jak spotkasz Gołębiewskiego, to spytaj, czy by nie chciał z nami współpracować”. Za jakieś dwa dni dzwoni Robert: „Spotkałem Henia, zapytałem, czy by nie chciał pograć, a on na to: Kto by nie chciał?!”. Musiało minąć trochę czasu, zanim udało się kogoś przekonać, by dał mu rolę po tylu latach... Pierwszą był epizod w „Bożej podszewce” u pani Cywińskiej. Potem dwa filmy Krauzego, jeszcze parę ról i wreszcie „Edi”... I Złota Kaczka!

- Mniej wiadomo o działalności Pana agencji poza granicami kraju.

J. G.: W Europie? Idzie nam całkiem nieźle. Nasi aktorzy grali w wielu krajach, mamy niezłe kontakty z producentami z innych państw. Teraz nawiązujemy ściślejsze kontakty z agencjami zagranicznymi. Chcemy zbudować... jakby to powiedzieć... międzyagencyjną współpracę europejską. To potrzebne zwłaszcza teraz, kiedy rynek w Polsce staje się bardzo mały. Tym większą rolę odgrywają kontrakty zagraniczne. Podpisujemy ich sporo, czasami bardzo egzotycznych.

- Na przykład?

J. G.: Renata Dancewicz w szwedzkim filmie fabularnym, reżyserowanym przy syna Ingmara Bergmana. Rafał Walentowicz — wielomiesięczny kontrakt, główna rola w serialu kanadyjskim. Główna rola Agnieszki Wagner w fabularnym filmie amerykańsko-francusko-niemieckim „Hotel Szanghaj”. Agnieszka ma zresztą wiele doświadczeń międzynarodowych — m.in. rolę w filmie macedońskim: tam robią jeden film na rok, a może i mniej, i właśnie ona zagrała w nim główną rolę! Albo chociażby „Córka kapitana”— prestiżowa produkcja rosyjska, związana z rocznicą urodzin Puszkina: dwie główne role — Rosjan! — zagrali Polacy, Mateusz Damięcki i Karolina Gruszka.

- A inne osiągnięcia?

J. G.: Ostatnio — nasze przedstawienia teatralne. I najmłodsze dziecko: spektakl według Katarzyny Grocholi „Pozwól mi odejść”, wyreżyserowany przez panią Cywińską. To też nasza pionierska działalność, w pewnym sensie wymuszona przez sytuację w naszej kinematografii, ale wynikająca też z mojego teatralnego rodowodu zawodowego.

- Co w planach?

J. G.: Realizacja — z 70 osobami w obsadzie — superprodukcji teatralnej, świeżo napisanego dramatu na motywach powieści „Czyż nie dobija się koni”. Wierzę, że będzie to wydarzenie i artystyczne, i — przez oryginalność — medialne.

- Ryzykowny interes...

J. G.: Nie! Jeśli chodzi o teatr — jest o tyle dobrze, że nakłady się zwracają, nie trzeba do tego dokładać. A repertuar, który proponujemy, jest przecież zróżnicowany — od klasycznej farsy „Morderstwo w hotelu” przez mądrą komedię „Spróbujmy jeszcze raz”, aż do bolesnej sztuki obyczajowej „Pozwól mi odejść”, która — dzięki kompletom na sali — przynosi zyski.

- A ile zarabia agencja aktorska?

J. G.: Prowizja z kontraktów wynosi zwykle 10 proc. Przy produkcjach reklamowych dodatkowo doliczamy negocjowaną prowizję, płaconą przez klienta (między 10 a 20 proc.). Największy kontrakt? Kilka lat temu: jedna aktorka i 100 statystów do filmu niemieckiego. Liczba dni zdjęciowych razy liczba zatrudnionych dały rzeczywiście spore pieniądze...