Kochanka i szef kontra rozjuszona żona. Fatalny romans.
Dzidzia się wstydzi. Odmawia spotkania. Powiedziała, że chociaż wszystko dzieje się naprawdę, nie sposób w to uwierzyć. Dla niej cała sytuacja jest do bólu żenująca. Naprawdę ma na imię Bożena, troje praktycznie dorosłych dzieci i dobija do pięćdziesiątki. Jest żoną Zdzisława.
— I do końca życia będę tego żałować. Szkoda. Przede wszystkim szkoda dzieci. To wszystko — głos jej grzęźnie w ściśniętym gardle.
To Iwona i Zdzisław przezywają ją Dzidzia — po złości. Iwona to „przyjaciółka” Zdzisława. Razem pracują, on jest jej szefem. Urocza rozwódka z dzieckiem. Dużo młodsza od jego żony. Poznali się jeszcze przed rozpoczęciem sprawy rozwodowej Zdzisława i Bożeny. Sprawa się ciągnie cztery lata, ale wojna trwa od dawna. Zwaśnione strony drą koty bez opamiętania, popadając w coraz większy obłęd. W sprawę zaangażowano najlepszych adwokatów stolicy, policję, skarbówkę, prywatnego detektywa i licho wie, kogo jeszcze.
Szczerość
Rówieśnik Bożeny. Poznali się w podstawówce. Byli ze sobą zawsze. Zanim się jednak pobrali, wplątał się w przygodny związek, który zaowocował nieślubnym dzieckiem. Mniejsza o to. Dziś zadbany facet o aparycji Miecugowa. Dużo kawy i wody mineralnej. Długa, trudna rozmowa. Spowiedź w zasadzie. W jej trakcie do lokalu wchodzi całkiem do rzeczy kobieta. Dojrzała, ponętna.
— Zdaje się, że to moja dawna znajoma ze studiów. Ale już mnie chyba nie pamięta — z nutką nostalgii w głosie kończy dygresję Zdzisław.
On ma chyba zawsze ochotę na chwileczkę zapomnienia, taki „miłosny, czarujący zwischen ruf”. Typowy kobieciarz i raczej tego nie kryje.
— Zdarzały się zdrady, owszem — oświadcza bez żenady.
— Często?
— Różnie. Trudno powiedzieć. Ale nie w tym rzecz. Przecież nie mieliśmy takich problemów. Przynajmniej na pozór. Bożena twierdziła, że nie mierzi jej zdrada, tylko ta cała otoczka wokół, czyli kłamstwo. Więc zawsze byłem szczery. Zamiast iść w zaparte, choćby nie wiem co — tak, jak mi radzili koledzy. Szczerość to był mój największy błąd — przyznaje Zdzisław.
Kiedyś zdarzyło się, że przestał zdradzać. Dostał od firmy nowy samochód — wypasiony, jak to się mówi.
Jechał z całą rodziną, przesadził z prędkością, cudem uszli z życiem. To był znak.
— Postanowiłem, że wszystko w życiu zmieniam. Nawet sporządniałem. Chciałem wszystko odbudować.
Wstyd
Pod wpływem środków psychotropowych, ale w pełni świadoma swych słów. Psychika Iwony jest w opłakanym stanie. Od niedawna bierze antydepresanty. Bo choć jest kobietą silną, już nie daje rady.
— Jak się Dzidzia dowie, to się na pewno ucieszy — zauważa z przekąsem.
Przystojna, elegancka. Z twarzy Zeta Jones. Właśnie wraca z basenu. Kawa. Rzeczowa konwersacja, dokumenty, nawet zdjęcie żony „przyjaciela”. Pani Iwona ma kłopoty w urzędzie skarbowym. Ktoś złożył donos. W domyśle — Dzidzia. Chodzi o przelew wart kilkadziesiąt tysięcy złotych na jej konto z rachunku Zdzisława. Kupowała wtedy dom pod Warszawą. Samodzielnie. Na kredyt. Potrzebowała minimalnego wkładu. Zdzisław jej pomógł. Forma pożyczki. Ktoś kopię przelewu z odpowiednim komentarzem wysłał do skarbówki. Wezwanie, rutynowe przesłuchanie, sprawa w toku — wpłaty nie opodatkowano, będzie kara?
— Kobieta, która mnie przesłuchiwała w urzędzie, płonęła ze wstydu. Czytała ukradkiem donos z jakiejś odręcznie zapisanej kartki — relacjonuje Iwona.
Potem się miało okazać, skąd się wzięła kopia przelewu. Zdzisław podejrzewał, że to jego żona weszła w bezprawne posiadanie tego dokumentu. Ktoś to prostu wykradł z jego skrzynki pocztowej. Niechętnie, ale zgłosił sprawę policji i nawet wszczęto śledztwo przeciwko Bożenie, ale umorzono ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu. Tymczasem postępowanie karne skarbowe przeciwko Iwonie nabiera rumieńców. Urzędnicy dobierają się powoli do firmy zarządzanej przez Zdzisława. Prześwietlają firmowe rachunki. Szukają dziury w całym? Na razie wie o tym tylko główna księgowa. A co będzie, jak informacja dotrze do właściciela spółki?
— Oboje stracimy posady. Na pewno. A firma też może mieć duże nieprzyjemności.
Przesada
Od dwunastu lat zarządza firmą. Filia niemieckiego koncernu, bardzo niszowa działalność, sektor medyczny. Spore obroty — kilkadziesiąt milionów rocznie. Zatrudnia około dwudziestu osób.
— Tak się złożyło, że same kobiety — uśmiech się błąka po twarzy szefa wrażliwego na damskie wdzięki.
Zdzisław wspomina wyjazd do Paryża. Co prawda niby służbowy, ale zabrał Bożenę, żeby jej sprawić przyjemność. Było jakieś sympozjum. Mniej więcej rok przed tym, jak pękł wrzód, który nabrzmiewał przez cały ich związek. Prócz małżeństwa pojechały trzy koleżanki Zdzisława — z pracy.
— Żona sporo piła, najwyraźniej poirytowana obecnością moich koleżanek. A przecież wtedy już nic. Było po wypadku. No i przesadziła: zamówiła na śniadanie szampana. To mi dało do myślenia — pamięta Zdzisław.
Oboje nigdy nie stronili od alkoholu. On twierdzi, że to ona zaczęła nadużywać:
— Nigdy nie skalała się pracą, całe życie siedziała w domu. Kiedy dzieci dorosły i wyszły z domu, z nudów zaczęła mnie dręczyć. Najpierw mi wpierała alkoholizm, po czym sama zaczęła przesadnie pić.
Jakoś tak rok od pamiętnego wypadku samochodowego wrzód pękł. Bożena kazała Zdzisławowi się wyprowadzić. Wersja Zdzisława: — Bez powodu. Szukała rozrywki.
Świat mu runął na głowę. Po długich negocjacjach doszli do wspólnego wniosku, że należy sprzedać dom i za to kupić dwa mieszkania. Duże dla niej z dziećmi i małe dla niego — samego. Tak też się stało. Zamieszkali oddzielnie. Łożył na rodzinę, żył na wygnaniu. Pogodził się z losem. Przez rok.
Przyjaźń
Poznali się, zanim Zdzisław kupił sobie mieszkanie i wyprowadził z domu. Na jednej z branżowych imprez. Iwona mieszkała i pracowała zupełnie gdzie indziej.
— Miała jakieś ciężkie doświadczenia w małżeństwie. Musiała uciekać, zmienić miejsce zamieszkania, szukała zatrudnienia. Akurat w mojej firmie pojawił się nowy etat, więc jej zaproponowałem. Powiedziałem ludziom w firmie, że ją zatrudniam i co nas wiąże, żeby wszystko było jasne. Trzy dziewczyny od razu odeszły — opowiada z jakąś ironią w głosie Zdzisław.
Czy już wtedy coś między nimi było?
— Nic na poważnie. Tylko jakiś seks od czasu do czasu. Zwykła przyjaźń.
Iwona też dobrze pamięta:
— Zdzisław mi wtedy bardzo pomógł. Tak się zaprzyjaźniliśmy. Często dzwonił do mnie, opowiadał, jak go dręczy żona, pytał, co robić. On ją wtedy kochał, chciał z nią być. Kupował kwiaty, przepraszał, a ona nim pomiatała.
To znaczy, że czuł się winny. Za co przepraszał? Za zdrady?
— Nie wiem, ale chyba nie. Przecież bym wiedziała, że ją zdradzał.
Potem przyjaźń zamieniła się w namiętność, a później Iwona miała dość takiego życia. Chciała stabilizacji — kupić dom, mieć partnera na stałe. Nie żeby od razu ślub. Po prostu być razem. Zdzisław się nie kwapił, więc odeszła od niego. Uciekła za granicę. Zdesperowany i przerażony wizją samotności szef znalazł ją jednak i poszedł na wszelkie ustępstwa.
— Pamiętam, że córka z pierwszego związku powiedziała mi wtedy: tata, walcz o nią, odszukaj i przeproś, bo na starość zostaniesz sam jak palec w dupie. I tak zrobiłem. Młoda, reprezentacyjna, można się przy niej świetnie zrelaksować. Nie żałuję — wspomina z rozrzewnieniem Zdzisław.
Według Iwony, ten krok prawdopodobnie przelał czarę goryczy i sprawił, że Dzidzia się wściekła.
— Wszystkim wokół mówiła, że jej mąż kupuje kurwie dom i że mnie za to wykończy. Potem go namówiła, żeby złożył pozew o rozwód.
Miłość
Zdzisław nie chce się przyznać do winy, bo nie ma ochoty płacić dożywotnich alimentów Bożenie. Ta z kolei nie odpuści dopóty, dopóki on się nie przyzna — żeby sprawiedliwości stało się zadość. Wszystko się skupia na Iwonie, której też puszczają nerwy. Jakaś potworna tragedia wisi w powietrzu. Kolejne rozprawy rozwodowe nie wnoszą do sprawy niczego nowego, poza ciosami poniżej pasa w postaci chorych argumentów i dziwnych dowodów dostarczanych przez prywatnych detektywów. Niebawem na bohaterów spadną pewnie wszystkie plagi egipskie. Ich historia przeplata ze sobą niefortunne próby naprawiania związków, stawia ich w obliczu wierności, zdrady, odpowiedzialności i — chciałoby się powiedzieć: przebaczenia. Ale akurat jego w tej historii brak. A miłość? Gdzie jest miłość?
— Nie wiem. On mnie chyba kocha. Ja chyba jego też. To znaczy na pewno go kiedyś kochałam. A teraz? Naprawdę nie wiem — Iwona jest jakaś rozedrgana.
A kto się kocha w tobie? Jak zagoniony człowiek może mieć na miłość czas?
