Rozgrywający

Jacek Konikowski
opublikowano: 25-05-2007, 00:00

Ryszard Krauze wciąż trzyma halówki obok lakierek. Obie pary nadają się na parkiet. Jedne — na ten koszykarski, inne — na giełdowy czy znany z oficjalnych, choćby biznesowych uroczystości.

„Rysiek, dzięki za Euroligę” wymazał ktoś sprayem na murze w Sopocie. Pewnie kibic Prokomu Trefl — dumny z awansu drużyny do europejskiej ekstraligi koszykarskiej.

Pewnie był też dwa lata temu w Hali Olivii, gdy Prokom grał z Estudiantes Madryt, i krzyczał wniebogłosy, dopingując swoich.

Mecz bez patrona

W ostatniej chwili udało się wyrwać Rosjanom olbrzymiego Bośniaka, Alexandra Radojevicia. Bez niego pod polskim koszem byłoby niziutko. Hiszpanie, choć bez supergwiazd, grają solidną koszykówkę. A Polacy? Zero porównania, żółtodziób Euroligi, klub bez tradycji, do niedawna jeszcze — trzecioligowy.

Gwizdek. Nerwy, bo polski zespół po raz pierwszy o krok od Top 16 — awansu do grona najlepszych drużyn koszykarskich kontynentu. Mecz nierówny, choć zażarty. Pierwsza kwarta, Polacy górą o jeden punkt, druga — dla Hiszpanów, też o jeden. Trzecia… Prokom ma 11 punktów przewagi. I ostatnia... Emocje. Nikt już nie siedzi.

Do końca minuta i 5 sekund. 72:70 dla Prokomu. Masiulis pudłuje dwa wolne. Wznowienie. Hiszpanie bronią kosza jak barykady. Trudno podejść... Ostatki. Miller trafia za 2 pkt. W odpowiedzi Iker Iturbe znów niweluje straty (74:72). Do końca 30 sekund. Herman Jasen pudłuje pod samym koszem! Zbiórka, faulowany Jagodnik. Osobisty. W koszu. Do końca 9 sekund. 75:72 dla Prokomu. Faulowany Pacesas (czyli Pacek). Znowu osobisty, znowu w koszu! 2 sekundy do końca. Nemeth celnymi osobistymi stawia kropkę nad i. Rozlega się syrena, koniec, biało-czerwony szał na trybunach. Prokom wygrywa z Estudiantes 78:74…

— Darliśmy się jak porąbani! Przez tydzień nie mogłem gadać — wspomina mecz Dawid, znajomy z Trójmiasta, fan Prokomu.

Miał prawo, bo awans Prokom Trefl do najlepszej szesnastki koszykarskich klubów Europy to największy sukces polskiego klubu w historii. Ale wśród rozentuzjazmowanych kibiców zabrakło najważniejszego: „Ryśka”. W takiej chwili? Kibice nie mogli uwierzyć.

— Byłem za granicą, w podróży służbowej i tego pamiętnego wieczora nie mogłem kibicować z drużynie. Za to po meczu odebrałem dziesiątki telefonów z gratulacjami. Ogromna radość i jeszcze większa duma. Duma z bezprecedensowego osiągnięcia — tłumaczy Ryszard Krauze.

Start w Gdyni

Start Gdynia? O tym klubie słyszeli nieliczni. W koszulkach Startu nie grają sławy koszykówki, kibiców ma niewielu. Bez fanklubu czy choćby strony w internecie. Tu przed prawie 30 laty zaczynał koszykarską karierę Ryszard Krauze.

— Mam za sobą 10 lat wyczynowego uprawiania koszykówki. Będąc studentem Politechniki Gdańskiej, rozwijałem swoje zainteresowania właśnie w Starcie. Weszliśmy nawet do II ligi — wspomina Ryszard Krauze.

Dzisiaj w klubie nikt go już nie pamięta. Ale ci, z którymi grał, dobrze odnotowali w pamięci tego potężnego obrońcę Startu Gdynia. Na początku lat 70., występując jako junior w drużynie reprezentującej Trójmiasto, zdobył mistrzostwo Polski. Dobrze rokował — jak zwyczajowo mawiają trenerzy. Niewiele zabrakło, by grał w kadrze — w jednej drużynie z „Kijkiem”, Eugeniuszem Kijewskim, z którym zresztą nieraz toczył boje pod koszem.

— Ryszard był bardzo dobrym obrońcą. Pomagały mu warunki fizyczne: silny, wysoki, potężnie zbudowany. Na parkiecie był niczym Gorgoń na murawie. Ściana mięśni. Nie do przejścia. Twardy w defensywie, bardzo ciężko było go ominąć. Pamiętam jedno spotkanie, bodajże Spójni Gdańsk ze Startem Gdynia, w którym przez Ryszarda nie zdobyłem nawet dziesięciu punktów. A w tamtych czasach rzadko się zdarzało, bym miał w spotkaniu mniej niż dwadzieścia — wspomina Eugeniusz Kijewski, jeden z najlepszych polskich koszykarzy, czołowy strzelec kraju latach 70. i 80., do niego należy rekord ekstraklasy w liczbie punktów zdobytych w ekstraklasie.

Ale nie tylko postura „Ryśka” sprawiała, że na parkiecie liczyć się z nim musiał każdy.

— Miał twardy charakter. Był nieustępliwy. Niezwykle ambitny na boisku. Nie odpuszczał w żadnej sytuacji. Potrafił w ostatnich sekundach meczu grać, jakby dopiero wszedł na boisko — wspomina Kijewski.

Lubił faulować, grzmotnąć przy próbie bloku czy choćby złapać za koszulkę?

— Grał ostro, nie powiem. Czasem wolałem nawet ryzykować i rzucić zza linii rzutów, niż zetrzeć się z nim pod koszem. Również dlatego, że miał znakomity wyskok i z łatwością zbierał piłki. Ale grał czysto — wspomina Kijewski, dziś trener Prokomu Trefl, którego właścicielem jest Ryszard Krauze.

Sąsiedztwo

Na igrzyskach w Moskwie Kijewski i Krauze mogli zagrać razem w jednej drużynie. Ale…

— Zwieńczeniem kariery sportowej było powołanie do kadry narodowej — na olimpiadę. To jednak, przez długotrwałe przygotowania, przeszkodziłoby mi ukończyć studia, a trzeba było podjąć decyzję co do przyszłości. Wybrałem naukę, ale sport — na krótko — zszedł na drugi plan. Obecnie realizuję się między innymi jako sponsor koszykówki, tenisa czy piłki nożnej — wyjaśnia Krauze.

Ale halówki wciąż stoją obok lakierek. Czasem można go spotkać w hali 100-lecia w Sopocie, jak rzuca do kosza.

To sąsiedztwo butów ma też symboliczny wymiar. W niespełna dekadę stworzył przecież od podstaw zespół mistrzów Polski, należących do szesnastki najlepszych drużyn Europy.

Biznes ze sportem wciąż się przeplata. Ile sportowca kryje się pod garniturem biznesmena?

— Jako rozgrywający niejako zarządzałem na parkiecie zespołem pięcioosobowym. Teraz to jest już o wiele większa grupa ludzi... Na pewno jedną z głównych cech pozostaje zdolność szybkiego podejmowania decyzji, ale także upór i pracowitość czy umiejętność współpracy z innymi — dodaje Krauze.

Wciąż jest rozgrywającym.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu