Rozrywka nie zawsze zachęca do zakupów

Radosław Górecki
opublikowano: 2003-03-04 00:00

Centrum handlowe Klif powstało jako jedno z pierwszych, teraz ma potężną konkurencję. Bogda Korolczuk, dyrektor zarządzający Klifa twierdzi jednak, że klienci nie uciekają do konkurencji.

„Puls Biznesu”: Warszawski Klif działa już cztery lata. Kiedy powstawał, konkurencja na rynku nie była duża. Teraz to się zmieniło...

Bogda Korolczuk: Klif w Warszawie otwarto w 1999 r. Rzeczywiście w tamtym czasie nie było w stolicy takich centrów, no może poza Promenadą. Udało się nam pozyskać silne marki zarówno już funkcjonujące na polskim rynku, jak i dopiero nań wchodzące. Głównym celem w pierwszym roku funkcjonowania centrum było jego wypromowanie. Przy niewielkiej konkurencji poszło to dość łatwo. Klif stał się więc miejscem modnym.

Jednak w ciągu ostatnich lat na rynku zaczęły pojawiać się kolejne centra handlowe.

— Tak, to prawda. Przez pierwszy rok byliśmy prawie sami na rynku warszawskim. W drugim i trzecim zaczęły pojawiać się nowe centra handlowe. Krótko po nas otwarto Redutę, centrum handlowe na Targówku, rozbudowano Janki, a później pojawiły się Galeria Mokotów, Fort Wola i Wola Park. W tej chwili w Warszawie mamy około 20 centrów handlowych. Te nowe obiekty zaliczane są do tzw. nowej generacji, co oznacza, że oprócz galerii handlowej mają jeszcze kina, sale gier komputerowych, kręgielnie itp.

I słusznie, bo rozrywka przyciąga klientów...

— Najważniejsze są obroty sklepów. Centra rozrywki na pewno gwarantują większą liczbę odwiedzających. Najważniejsze jest jednak to, jaki procent klientów dokonuje zakupów przychodząc do kina czy do kręgielni. Z badań przeprowadzonych przez Sopocką Pracownię Badań Społecznych wynika, że 81-85 proc. odwiedzających Klif robi zakupy. Oznacza to, że do tego centrum przychodzi się w konkretnym celu. I rzeczywiście mimo rosnącej liczby centrów, liczba odwiedzających nasz Klif rosła. Myślę, że paradoksalnie, jego siła tkwi w jego kameralności. Naszą statystyczną klientelą jest rodzina z dwójką dzieci. Są to ludzie pracujący zawodowo, którzy nie mają czasu na spacery po olbrzymich centrach. Tu mogą załatwić wszystko dużo szybciej. Co ciekawe, duża grupa naszych klientów przychodzi z przyjaciółmi, co oznacza, że pomimo braku centrum rozrywki, odwiedzanie Klifa jest także traktowane jako forma spędzania wolnego czasu.

Kiedyś Klif był centrum handlowym, do którego ściągali klienci z całej Warszawy. Czy teraz staje się on centrum regionalnym?

— 17 proc. naszych klientów przychodzi do nas codziennie. Około 23 proc. odwiedza nas 2-3 razy w tygodniu, mamy więc bardzo dużą grupę stałych klientów. Z badań wynika, że 75 proc. naszych klientów to osoby mieszkające około 10 km od centrum. Można więc powiedzieć, że jesteśmy placówką regionalną. Myślę, że rozwój centrów handlowych będzie w Polsce postępował podobnie jak na całym świecie. Teoretycznie na każde 100 tys. osób powinna przypadać jedna tego typu placówka o powierzchni 20-30 tys. mkw.

Z tego co Pani mówi, wynika, że cieszy się Pani z tego, że Klif nie jest największy w Warszawie.

— Właśnie dlatego, że jesteśmy małym centrum, myślę, że poradzimy sobie z konkurencją. O sukcesie centrum handlowego mówimy wtedy, gdy odnoszą go najemcy. W Klifie nie ma tak dużej jak w innych galeriach wewnętrznej konkurencji. Dlatego w tej chwili to, że jesteśmy tak kameralni, stanowi o naszej sile.