Rozśpiewane stepy

Karolina Guzińska
28-10-2005, 00:00

Konie, muzyka, bezkresna Ukraina. Poobijane siedzenie i radość ze sprawdzenia siebie. Biesiady przy ognisku... Urlop życia.

Wakacje spędzają w siodle — część przejechała konno Pojezierze Drawskie, inni włóczyli się po amerykańskiej prerii czy argentyńskiej pampie. Wspólnie odkryli nowe doznanie: bezmiar ukraińskich stepów. Od siedmiu lat grupa Polaków — powiększająca się z każdym rokiem o kolejnych znajomych i przyjaciół — jeździ na rajdy „za miedzę”.

— Kim jesteśmy? Pasjonatami zakochanymi w przestrzeniach Ukrainy i lubiącymi dać sobie w kość — twierdzi Zbigniew Kowalski ze stajni Borowinka przy Zakładzie Torfowym Borowinka w Czaplinku, inicjator rajdów po stepach Ukrainy.

To propozycja nie dla tych, którzy lubią pławić się w luksusie.

— Gnaty bolą, tyłek poobijany, zapach końskiego potu i ukraińskiej ziemi, mycie w zimnej wodzie, z higieną na bakier... Ciężko? Dla nas to podróże życia — zapewnia Zbigniew Kowalski.

Wiatr i wolność

Stepy Ukrainy to niewyobrażalna przestrzeń. Niczym nie ograniczony horyzont. Pofalowany pejzaż, ukryte w dolinkach, przypadłe do ziemi chutory. Tylko błysk słońca odbity od cebulastych cerkiewnych kopuł zdradzał jeźdźcom położenie wsi.

— Pusty widnokrąg, uczucie wolności i wiatr. Jedziesz po zielonym dywanie i nie wiesz, co cię spotka po drodze: płynąca w głębokim jarze rzeczułka z lodowatą wodą, pola dyń i kukurydzy, pasące się chude krowy, wsie w ogromnych kotłach o zejściach tak stromych, że konie trzeba sprowadzać — opisuje Zbigniew Kowalski.

Mniej przyjemne niespodzianki to grząskie grunty, jakie trafiają się w stepie wiosną i jesienią.

— Choć teren wyglądał niewinnie, pod kopytami mojego konia dwa razy nagle zapadła się murawa. To sytuacja bardzo niebezpieczna i dla jeźdźca, i dla wierzchowca. Wstrząsające wrażenie! Lepiej objechać podejrzaną przeprawę, niż ryzykować. Czasem jednak nie ma wyjścia, zwłaszcza gdy się ściemnia, a lepsze przejście może się znajdować parę kilometrów dalej — przekonuje Violetta Domaradzka, menedżer działu szkoleń w firmie L’Oreal.

Zaskoczyło ją też wypalanie ściernisk.

— Ogień pełznie po stepie niemrawo, nie wzbudzając pożaru. W Polsce, widząc puste pole i płomień na rżysku, wzywałabym straż pożarną, bojąc się nieszczęścia! A na Ukrainie po jakimś czasie przywykłam — dodaje.

Podróż przez Ukrainę to przygoda nie tylko estetyczna — Polakom dostarcza wielu wzruszeń.

— W szczerym polu natknęliśmy się na zagajnik, w którym stała kapliczka grobowa polskiego szlachcica, ozdobiona rodowymi herbami. Poruszające... — wspomina Piotr Szmytka, współwłaściciel firmy Empire International.

Jeźdźcy wjechali także do chutoru, w którym urodziła się babcia jednego z nich. Inny uczestnik rajdu odnalazł grób swego pradziadka na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. A najstarsza, 84-letnia członkini grupy po latach odwiedziła miejsca, w których upłynęło jej dzieciństwo.

— Ostatnio była w Krzemieńcu jako uczennica. Pokazywała nam, gdzie stała cukiernia z najlepszymi słodkimi bułkami i gdzie chodziła na kawę. Zdarzyło się i tak, że komuś bardzo zależało na dotarciu do rodzinnych stron, które leżały poza trasą rajdu. Wówczas nasi ukraińscy przyjaciele użyczyli mu na jeden dzień samochodu — opowiada Zbigniew Kowalski.

Ciarki po plecach

Kawalkada jeźdźców wszędzie wywoływała sympatyczne reakcje — to pozwoliło im poznać Ukrainę „od kuchni”. Byli częstowani, zapraszani do domów...

— Ludzie serdecznie nas pozdrawiali, pytali, skąd jesteśmy i życzyli nam zdrowia w swoim śpiewnym języku. A kiedyś uważałam, że ukraińskiego w ogóle nie da się słuchać! Dzieci wołały rodziców, starsi — resztę rodziny, a każdy miał z nami do pogadania. Wiadomo, Ukraińcy są bardzo rozśpiewani, a my jechaliśmy z pieśnią na ustach. Zresztą, nie ma to jak śpiewać „W stepie szerokim...” właśnie na stepie. Albo słuchać ukraińskiego przewodnika jadącego na czele grupy i nucącego „Siwyj koniu” — wspomina Violetta Domaradzka.

Najpiękniejsze — i najbardziej rozśpiewane — były wieczory. Na biesiady w lesie, przy ognisku, przychodzili ludzie z okolicznych wsi, zaprzyjaźnione męskie chóry cerkiewne.

— Rolnicy o nieszkolonych głosach, a śpiewali tak pięknie — zwłaszcza kozackie dumki — że aż ciarki chodziły po plecach! — wspomina Zbigniew Kowalski.

Nocą głosy niosły się daleko po stepie i po wodzie...

— Wzięliśmy ze sobą gitary i polskie śpiewniki. Podczas tych koncertów zaskoczyliśmy ukraińskich artystów — zamiast tylko słuchać i jeść, śpiewaliśmy z nimi. Dwie piosenki oni, dwie my, a potem wspólnie. To rozluźniało ludzi — dodaje Piotr Szmytka.

Polacy i Ukraińcy uczyli się nawzajem swoich pieśni.

— To było tak piękne, że aż nierzeczywiste — ci śpiewacy zasnuci dymem z ogniska płonącego ponad stepem, na wysokiej skale... Jedna z pieśni— „Pidmanula pidwela”, czyli „Omamiłaś mnie” — tak mi się spodobała, że wciąż ją nucę. Dotarłam nawet do jej wersji rapowej — przyznaje Violetta Domaradzka.

Pod gwiazdami

Każdy rajd trwa tydzień. Za konną grupą jedzie zaplecze: ciężarówka z bagażami, paszą dla koni, namiotami. Prysznice, kuchnia (przerobiony samochód wojskowej radiostacji), a nawet kuźnia! Grupa, prowadzona przez 1-2 przewodników liczy siedmiu i więcej jeźdźców. Pokonują około 40 km dziennie, siedząc w siodle przez 6-8 godzin. „Odpuszczają” nieco, gdy chcą zwiedzać turystyczne atrakcje — wtedy spędzają na koniu 3 godziny. Wyruszają koło 9 rano — uzbrojeni w mapę, kompas i towarzystwo przewodnika. Po 3-4 godzinach jazdy, około 13.00, zatrzymują się na popas. Smak kupowanych od miejscowych gospodarzy specjałów — pampuchów, czy kaszy z miodem i śmietaną — na długo pozostaje im w pamięci.

— Pomidory, ogórki, biały ser, bakłażan w prawie każdym posiłku... Smakowało to prawdziwie i w dodatku było bardzo ładnie podane. Stoły, zasłane białymi obrusami, rozkładaliśmy w pięknych miejscach, np. w lesie nad brzegiem jeziora — wspomina Violetta Domaradzka.

— Kto chciał odpocząć, kładł się na rozłożonych na trawie gumowanych wojskowych materacach. Inni grali na gitarze, zajmowali się końmi... Po kilku godzinach ruszaliśmy w dalszą drogę — dodaje Piotr Szmytka.

Wieczorem na jeźdźców czekała kolejna uczta. I rozstawione już namioty.

— Ja wolałam spać na ziemi, przy ognisku. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności noclegu pod gwiazdami! No, ale tegoroczny wrzesień był wyjątkowo ciepły. Dało się nawet umyć głowę w wiaderku. Co nie byłoby już tak zabawne przy niższej temperaturze — uważa Violetta Domaradzka.

Harce w ryzach

Polacy na miejscu pożyczają konie (rasy ukraińskiej i mieszanki). Choć wraz z nimi wynajmują obsługę, wielu jeźdźców samodzielnie karmi, poi i czyści swoje wierzchowce.

— Człowiek kładł się spać, żegnając konia, a wstawał, witając się z nim. Przejeżdżając koło jeziorek, kąpaliśmy się — oczywiście razem z naszymi końmi — wspomina Piotr Szmytka.

Niesubordynacja zagraża bezpieczeństwu, więc choć rosła adrenalina, każdy musiał równać do najsłabszego w grupie.

— Szarże jak pod Samosierrą i harce po stepie były niedozwolone. Niełatwo jednak opanować chęć galopu, widząc przed sobą tyle przestrzeni... W miejscowości Okno nad Zbruczem widoczność sięga 70 km! Ale konia, który ma przejść 300 km, trzeba oszczędzać — podkreśla Zbigniew Kowalski.

Najlepszy na rajdowe dystanse jest koń spokojny i wytrzymały, ale z pasją do pokonywania przestrzeni. Jak Zamet’, którego wybrała Violetta Domaradzka.

— Kochany! Można było na nim pić, palić, zdjęcia robić i makijaż poprawiać... Był cudowny! To ważne, gdy się spędza tyle dni w siodle. Podczas rajdu nawiązuje się wyjątkowa więź między jeźdźcem a koniem. W końcu ty zależysz od niego, a on od ciebie. Po kilku dniach czyszczenia, karmienia, pojenia i sprawdzania kopyt Zameta wiedziałam o nim wszystko. Również to, że jego najlepszy kumpel to siwek Baron. Oba konie zawsze chciały być blisko siebie, zarówno kiedy szły w terenie, jak i na popasach — opowiada.

Rozstania z końmi były trudne...

— Morze łez i kilogramy marchwi — mówi Zbigniew Kowalski.

O to, by ludziom i koniom niczego nie brakło, dbał Mirek, lekarz z Tarnopola. Zakochany w koniach jak oni. Polscy przyjaciele przezwali go Atamanem.

— Do naszej grupy dołączali nie tylko Ukraińcy. Kiedyś nawet pojechał z nami Holender. Mnóstwo ludzi biznesu poznało się na rajdach! Polacy, zainteresowani importem mołdawskiego wina, spotkali ukraińskich pośredników. Holender — Ukraińca chcącego hodować holenderskie krowy. A Ukraińcy poszukujący maszyn rolniczych kupili je w Polsce. Gdyby nie przejechali konno setek kilometrów, a potem nie śpiewali razem do białego rana, pewnie by tych biznesów nie było... — uważa Zbigniew Kowalski.

Choć niedawno wrócili, już myślą o kolejnej wyprawie — tym razem rodzinnej.

— Nie wszyscy członkowie naszych rodzin jeżdżą konno. Dlatego chcemy połączyć rajd ze spływem kajakowym po Zbruczu. Obie grupy spotykałyby się na popasach. Spędzalibyśmy wspólnie wieczory i ranki... — snuje plany na przyszłość Zbigniew Kowalski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Rozśpiewane stepy