Rozwód po polsku

Kama Veymont
31-03-2006, 00:00

Nasze rozstania: zabić, zniszczyć, puścić w skarpetkach? A może się dogadać? Dziś do wielkich emocji doszły wielkie pieniądze.

Nazywał ją swoją księżniczką. Kolacje w Wenecji, wakacje na Seszelach, porsche w garażu. Dlaczego jeździsz peugeotem — irytował się — gdy zawstydzona swoją nagłą zamożnością, a może w odruchu przyzwyczajenia, brała nie te kluczyki. Myślała, że to musi być miłość. Była tego pewna, gdy w intercyzie zapisał jej podwarszawską rezydencję.

Że życie nie jest snem, przekonała się po trzech latach. Awantury, ciche dni, jego samotne wyjazdy. W końcu po prostu wyrzucił ją z domu. Na odchodnym zapytał, czy zapłaciła podatek od darowizny pierścionka zaręczynowego.

Prawnik uprzedził, że rozwód będzie długi, bolesny i bardzo kosztowny.

Transformacja ustrojowa w Polsce pociągnęła za sobą przemiany społeczne i obyczajowe. Zmienił się przede wszystkim, głównie za sprawą międzynarodowych korporacji, obowiązujący model pracy. Bliżej nieokreśloną, słabo płatną posadę od 8 do 16 zastąpiła dobrze wynagradzana, ale całodniowa harówka ze szkoleniami i wyjazdami integracyjnymi w weekendy.

Ten nowy styl, odrywający od rodziny, ale obiecujący komfort finansowy i zawodowe spełnienie wyprodukował też nowy typ rozwodnika: wykształconego mieszkańca wielkiego miasta, członka kadry zarządzającej w korporacji, pracownika wziętej agencji reklamowej, kancelarii prawnej czy prywatnej gazety — skłonnego poświęcić cały swój czas w służbie kariery.

Małżeństwo przyczyną rozwodu

Anna, 31 lat: Poznaliśmy się w trzeciej klasie liceum. Byliśmy dobraną parą: razem zdawaliśmy maturę, potem te same studia prawnicze. W wieku 24 lat pobraliśmy się. Mieliśmy własne, dobrze wyposażone mieszkanie, mąż jeszcze na studiach podjął pracę w renomowanej, międzynarodowej kancelarii prawnej: prestiżową, samodzielną, świetnie płatną.

Nasza decyzja o rozwodzie — pięć lat po ślubie — była dla znajomych szokiem. Dlaczego, pytali, skoro „tak dobrze nam szło”? Czy przypadkiem nie przewróciło nam się w głowie od nadmiaru sukcesów?

Tylko ja wiedziałam, że on z trudem unosił ciężar odpowiedzialności, jaką go obarczono. Włączył mu się perfekcjonizm. Wyłączył luz. Był zmęczony. Ta kombinacja spychała go w huśtawkę nastrojów, w depresję.

W tym czasie ja prowadziłam studenckie życie, co wywoływało, uzasadnione jego zdaniem, pretensje i wyrzuty. A przecież byliśmy bardzo młodzi. Nieprzygotowani na taki styl życia...

Swoistym signum temporis jest także kariera kobiety jako źródło małżeńskiego kryzysu i potencjalna przyczyna rozwodu.

Nagłe odwrócenie ról tradycyjnie przypisywanych kobiecie i mężczyźnie, a przede wszystkim znaczna dysproporcja w zarobkach na jej korzyść sprawiają, że gdy ona spełnia się zawodowo i towarzysko, on marnieje psychicznie, padając ofiarą nie tylko społecznych przesądów, ale i własnych wyobrażeń na temat roli mężczyzny

Krzysztof, 37 lat: Po cichu zazdrościłem jej. Zarobków, kontaktów, wyjazdów. W domu bywała coraz rzadziej. O dziecku w ogóle przestaliśmy rozmawiać, bo to chyba ja musiałbym je urodzić! W końcu postawiłem jej ultimatum: albo przystopuje nieco z tą pracą, albo separacja. To było nierealistyczne z mojej strony, przyznaję, w tej robocie nie można było być „trochę”. Liczyłem, że wybierze „nas”, ona przez jakiś czas próbowała iść na kompromis. Jednak w ostatecznym rachunku przegrałem. A może raczej przegraliśmy oboje...

Obumierająca i obrastająca w tłumione pretensje więź z dotychczasowym partnerem staje się świetną pożywką dla związków równoległych w pracy — romansów biurowych, flirtów „wyjazdowych” itp.

Beata, 35 lat: Podzieliliśmy się zadaniami: on zajmuje się karierą i zarabianiem pieniędzy, ja, przez jakiś czas, dzieckiem i domem, z nieważnym półetatem w tle. Przez pewien czas to działało. Przeprowadziliśmy się do domu pod miastem. Dziecko poszło do prywatnej szkoły. On awansował coraz wyżej, zarabiał coraz więcej. W domu bywał gościem nawet w weekendy. Tłumaczyłam sobie, że inaczej nie może.

Aż któregoś dnia zostawił przypadkiem komórkę. Tych kilka „służbowych” SMS-ów, które tam znalazłam, otworzyło mi oczy na to, co naprawdę się dzieje...

Druga strona często nie pozostaje dłużna, znajdując pocieszenie w ramionach kogoś, kto wprawdzie zarabia grosze, ale nie przestał czytać książek, chodzić do kina i ma zawsze wolne weekendy.

Krzysztof: Jeszcze w czasie trwania naszego małżeństwa poznałem dziewczynę. Na spacerze z psem, w środku dnia! Pomyślałem: a więc są jeszcze tacy ludzie, którzy w środę o 12 w południe rzucają psu patyki, zamiast ślęczeć nad komputerem w firmie. Okazało się, że pracowała w dzielnicowej bibliotece za 1500 brutto. Dziś jesteśmy razem. Ale, na wszelki wypadek, nie jesteśmy małżeństwem...

Moda na sukces

Obok wymęczonych perfekcjonistów i zajadłych pracoholików, mozolnie dorabiających się dziś wysokiego statusu, lata 90. stworzyły również wyraźnych beneficjentów okresu transformacji: biznesmenów, którzy niczym kowboje weszli na rynek w tym pierwszym, najdzikszym okresie.

Szybkie kariery i jeszcze szybsze, łatwo pomnażane pieniądze przyczyniły się do wylansowania w tym środowisku stylu życia rodem z „Mody na sukces”.

Andrzej, biznesmen, 40 lat, branża — napoje:

— W sferach określanych mianem new money jest silna presja na wizerunek. Żona nie może mieć tych samych co ty wspomnień z przedszkola czy 15 kg nadwagi. To jakbyś jeździł trabantem. Dobry wóz, zgrabna, młoda laska, dom pod miastem — takie są realia. Nie masz — wypadasz z gry. A w każdym razie masz pod górkę.

Ten antystyl, wynikający z cywilizacyjnych kompleksów i oparty przede wszystkim na ostentacyjnej konsumpcji, przyczynia się do rozpadu starych związków „nowego pieniądza”. Następne małżeństwa, zawierane w myśl „nowych zasad”, także nie wytrzymują próby czasu...

Grażyna, 40 lat: Nazywał mnie swoją księżniczką. Imponowały mu moje kontakty w środowisku artystycznej bohemy. Ale też od początku chciał mnie przerobić na swoją modłę. Dlaczego dwa dni z rzędu noszę te same spodnie? Odpowiadałam, zgodnie z moim poczuciem rzeczywistości, że dżinsy na drugi dzień są jeszcze wystarczająco czyste. Dlaczego nie zrobię sobie tipsów? Bo, przyznawałam ze skruchą, obgryzam w pracy paznokcie. Czy zdaję sobie sprawę, że nie mogę mieć na sobie jednocześnie koszulki Nike i butów Adidasa. Nie rozumiałam tych niuansów. W jego świecie należało zmieniać spodnie dwa razy dziennie, ale już niekoniecznie trzeba było wieczorem umyć zęby.

— Wszystko kręci się wokół markowych ciuchów, ekskluzywnych przyjęć, zagranicznych wojaży. Związki się kończą, gdy siada adrenalina. Nie ma mowy o miłości, jest wzajemne podkręcanie wizerunku i przejściowa wspólnota interesów — komentuje Andrzej, ten od napojów.

A rozwód w środowisku new money to dla prawników prawdziwa gratka.

— Rozwody są dla bogatych — potwierdza mecenas Krystyna Pociej, która ma na swym koncie dziesiątki rozwiedzionych par.

— Cóż to za rozwód, po którym eksmałżonkowie wracają do wspólnego mieszkania i często tkwią w nim latami? — dodaje pani mecenas.

Pierwszy poważny wysyp rozwodów nastąpił w PRL-u za wczesnego Gierka: to wtedy ci uprzywilejowani mieli już nie tylko mieszkanie, ale i daczę pod miastem, nie tylko meblościankę, ale i magnetowid Grundig. Obecny wzrost liczby rozwodów bierze się między innymi stąd, że po latach biedy nadszedł okres prosperity: ludzie nie muszą tkwić w jakimś związku tylko dlatego, że nie stać ich na samodzielne życie.

Rozwód kosztuje, ale warto

Czy te dwa pitbule, rzucające się sobie do gardeł, to ta sama miła, kulturalna para sprzed kilkunastu miesięcy? — pytają z niedowierzaniem świadkowie, przyglądający się bezpardonowej walce na sali sądowej kulturalnych dotąd znajomych.

Rozwód wydobywa na światło dzienne tłumione czasem wiele lat urazy i emocje: jej zazdrość, jego dominację, jej agresję, jego poczucie winy, jej ambicję, jego pazerność...

Jeżeli razem „troszkę” oszukiwaliście na podatkach albo wspólnie wypaliliście jointa na imprezie — uwaga! — możecie być teraz wykreowani przez drugą stronę na narkomanów i oszustów.

To ostatnia wojna, mająca pomścić prawdziwe bądź wyimaginowane krzywdy doznane w małżeństwie, a podział majątku jest często najkrwawszym jej epizodem.

To na tym etapie, zręcznie manipulując poczuciem winy, można wysadzić z siodła dobrze dotąd prosperującego małżonka, to tu także, z lęku przed emocjonalną konfrontacją na sali sądowej, można przegrać walkę swego życia.

Z listu do prawnika drukowanego na forum internetowym: „W zamian za zgodę na nieorzekanie o winie żona dostała zapis notarialny na mieszkanie, które było moją własnością. Po uzyskaniu zapisu zmieniła treść pozwu na rozwód z orzekaniem... Czy mogę odzyskać mieszkanie i częściowo przyznać się do winy? Nadmieniam, że nie mam gdzie mieszkać...”

„Jeżeli zostawiasz jej dom tylko dlatego, że czujesz się winny rozpadu związku — nie rób tego” — czytamy tymczasem w amerykańskim poradniku online dla rozwodzących się. „To znaczy zrób to, jeśli naprawdę tego chcesz i stać cię na to” — precyzuje dalej anonimowy Certified Divorce Financial Analyst (CDFA), czyli doradca rozwodowy — „nie pozwól jednak, by poczucie winy sterowało twoimi finansami — to katastrofa”.

W innym miejscu czytamy uwagę skierowaną do strony przeciwnej: „Zastanów się, czy naprawdę zależy ci na tym domu. Nie walcz ślepo o rzeczy, których utrzymywanie nie leży w twoim ekonomicznym interesie”.

„Czy jesteś pewna — pyta nieco dalej CDFA — że nie możesz odpuścić skórzanego kompletu akcesoriów na biurko?, „Czy policzyłeś — to z kolei do rozwodzącego się małżonka — ile kosztować cię będzie wasz używany zestaw do kina domowego, pomnożony przez kolejne posiedzenia sądu?”

Prawnicy i psychologowie są zgodni: nie przystępuj do rozwodu, dopóki targają tobą silne emocje. Koniec małżeństwa jest jak zamknięcie biznesu. Wymaga racjonalnego oglądu sytuacji i rozsądnych negocjacji z dotychczasowym „współwłaścicielem spółki”.

Win-win solution, czyli rozwód idealny

Anna: Nam chyba zawsze bliżej było do relacji brat — siostra niż mąż — żona. To był związek kumpelski, w którym w pewnej chwili po prostu zabrakło już pary, by trwać. Może właśnie dlatego nasz rozwód był, jeśli w ogóle tak można o rozwodzie powiedzieć, idealny: szybki, tani, elegancki. W końcu obydwoje jesteśmy prawnikami z wykształcenia, ale nie to zadecydowało o sukcesie: my naprawdę potrafiliśmy się porozumieć!

Przed sądem zawiązaliśmy koalicję, zgodnie twierdząc, że rozpad więzi jest ostateczny i całkowity. Majątek podzieliliśmy sami, przed rozwodem: mieszkanie zostało przy mężu, ze środka zabrałam, za jego zgodą, co chciałam. Za pieniądze będące równowartością połowy mieszkania zaczęłam nowe życie. Koszty rozwodu, skromne jak na dzisiejsze czasy, pokrył mąż ze swojej, dziesięciokrotnie większej niż moja, pensji.

— Ponieważ dziś wszystko nabrało tempa i jest potencjalnie łatwiejsze do osiągnięcia, ludziom łatwiej przychodzi wycofać się z nieudanego związku, niż nad nim pracować. Do tego trzeba cierpliwości, kompromisów, wyrzeczeń. Dzisiejsi rozwodnicy chcą szybko zapomnieć o swoich porażkach i rzucić się w wir nowego życia — uważa mecenas Krystyna Pociej.

Między innymi dlatego niezwykle rzadko dochodzi do ugody podczas rozprawy pojednawczej. Stosunkowo niepopularna jest też, wprowadzona od 1999 r., opcja separacji. W sensie skutków prawnych separacja tylko tym różni się od rozwodu, że po jej orzeczeniu strony nie mogą zawierać nowych związków małżeńskich. Jednak wielu uważa ją za niepotrzebną stratę czasu i „odcinanie ogona po kawałku”.

Rozwód nie oznacza jeszcze uregulowania spraw majątkowych. Wyjątkiem jest sytuacja, w której małżonkowie samodzielnie dogadają się w tej sprawie, a sąd to jedynie zatwierdza. Gdy brak zgody, prawomocny wyrok rozwodowy otwiera dopiero drogę do ewentualnego postępowania o podział majątku, które — w zależności od wzajemnego nastawienia świeżo rozwiedzionych stron — może przybrać formę ostrą bądź przewlekłą. Niektórzy powodowani resentymentem lub żądzą zemsty rekordziści ciągną swoje sprawy po 5-6 lat.

Warto pamiętać, że orzeczenie o winie któregokolwiek z małżonków nie przekłada się na podział majątku (choć decyduje o alimentach).

Myślenie, że skoro to on zdradził, to ma oddać samochód i odchodzić w skarpetkach, aczkolwiek psychologicznie wytłumaczalne, nie ma przełożenia na literę prawa. „Sprawiedliwy rozwód i takiż podział majątku (czyli, w języku negocjacji: a win-win solution), ma miejsce wtedy, kiedy obydwie strony są »troszkę niezadowolone« z ostatecznych rozstrzygnięć” — pisze amerykański CFDA.

Rozstanie z pieniędzmi w tle

Ledwo żywy po wypadku samochodowym małżonek leży na łóżku szpitalnym. U wezgłowia czuwa, jak zawsze, jego wierna żona.

— Czy byłaś ze mną — szepcze do niej w gorączce — gdy moje aktywa poleciały w dół na giełdzie?

— Tak, kochany!

— Czyż nie byliśmy razem, kiedy zainwestowałem wszystkie pieniądze w ten kiepski interes na Wschodzie?

— Naturalnie, że tak.

— A pamiętasz ten pożar w firmie, za który nie dostaliśmy grosza odszkodowania z naszej polisy?

— Oczywiście, mój drogi, ale nie myśl już o tym teraz...

— A wiesz, co ja myślę? Że przynosisz mi pecha...

Grażyna: Kiedy mój małżonek dla odreagowania biznesowych stresów zaszywał się w dżungli, dzwoniłam na jego telefon satelitarny z informacjami o kursach giełdowych. Byłam z nim, kiedy miał kłopoty z biznesem, pocieszałam, kiedy topił smutki w drogim alkoholu. Jednak gdy odmówiłam podżyrowania niebezpiecznie dużego kredytu — zaczął się odpływ. Bardzo prędko doszedł do wniosku, że nasz związek to jednak nie to.

Wspólne zdjęcia na półce zastąpiły tomy kodeksu cywilnego i karnego. Po kolejnym egzotycznym wyjeździe okazało się, że mój mąż ma nową „narzeczoną”. Zyskawszy dodatkową motywację, prze do rozwodu za wszelką cenę. Ja mam po prostu zniknąć z jego życia. Najlepiej tak jak stoję. Czy rzeczywiście mam pozwolić na to, żeby zabrawszy mi parę lat życia, nie poniósł żadnych konsekwencji? On ma za sobą sztab prawników gotowych na wojnę, mnie nie stać na wieloletnią szarpaninę w sądzie. Ani psychicznie, ani finansowo...

— Problem z new money polega na tym, że oni niechętnie podporządkowują się ogólnie przyjętym standardom przyzwoitości — mówi mecenas Krystyna Pociej.

A może u nas jeszcze nie ma tych standardów? W krajach Zachodu, a jeszcze bardziej w USA, pewnych rzeczy, pod groźbą utraty twarzy, po prostu nie wypada robić. Ta presja jest prawdopodobnie nawet silniejsza niż ewentualne rygory prawa. Skorzystała na tym choćby Ivana Trump, która pogodziła się z rozwodem pod warunkiem uzyskania królewskiego odszkodowania. Jej hasło: „don’t get mad, get everything” (zamiast wściekać się, bierz wszystko) brzmi jak groźne memento dla milionerów pragnących realizować pozamałżeńskie kaprysy.

Z drugiej strony nigdzie na świecie prawo nie staje się przedmiotem tak oczywistych manipulacji jak w Polsce.

— U nas, jeśli da się okpić prawo, sąd, to się to robi bez drgnięcia powieką. A i sam kodeks rodzinny nie nadąża za zmianami społecznymi w kraju. W efekcie żyjemy jak w kapitalizmie, a rozwodzimy się jak w PRL-u — komentuje mecenas Krystyna Pociej.

Z przedstawicielami new money nasze sądy po prostu nie umieją sobie radzić. Na rozprawie mąż przedstawia papiery, z których wynika, że zarabia 3500 zł brutto miesięcznie, jego firma ugina się pod ciężarem kredytów, samochody są w leasingu, a piękny dom w Magdalence utrzymuje się sam, siłami grawitacji. Gdy adwokat żony prosi, by powiedział sądowi, gdzie był w tym roku na wakacjach, odpowiada, że... na Karaibach. W tym miejscu sąd się tylko uśmiecha i... nic się nie dzieje!

— Na te setki rozpraw, w których uczestniczyłam, nie zdarzyło się, żeby sąd złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu preparowania zeznań majątkowych. Mimo że — teoretycznie — za składanie fałszywych zeznań grozi kara pozbawienia wolności do lat pięciu! — wspomina mecenas Krystyna Pociej.

Kiedy sąd zabiera się do podziału majątku, okazuje się, że majątku nie ma. Został wyprowadzony do spółek córek, nieruchomości kupiono na krewnych lub kochankę, a sąd zmuszony jest zasądzić alimenty na podstawie załączonych dokumentów o dochodach, mimo że doskonale wie, iż został wyprowadzony w pole.

Między innymi dlatego zdesperowane strony próbują brać sprawy w swoje ręce, czego najnowszym przykładem jest krążąca wśród prawników rozwodowych anegdotka o żonie, która na wieść, że mąż planuje się z nią rozstać, „na wszelki wypadek” zaaresztowała jego kolekcję zegarków wartą... 2 mln złotych.

Małżeństwo, czyli od A do B

Przywykliśmy traktować rozwód w kategoriach ostatecznej życiowej porażki. Ale czy nie wynika to z naszych wygórowanych, nierealistycznych oczekiwań wobec siebie i partnera, a nawet życia jako takiego? Z poczynienia nadmiernie optymistycznych i niczym nieuzasadnionych założeń, wspartych małżeńską przysięgą?

Można zaryzykować tezę, że im większy optymizm, że po drodze nic się nie zepsuje, a jeżeli nawet, to z pewnością potrafimy to naprawić, tym większa rozpacz, iż jednak się nie udało. A gdyby ten układ potraktować bardziej elastycznie? Troszkę tak jak traktuje się kredyt hipoteczny?

Uczciwie zakładamy, że go spłacimy, ale czy w zmieniających się warunkach życiowych i finansowych nie renegocjujemy z bankiem naszych umów i zobowiązań?

Może zamiast „romantycznie planować wspólną przyszłość do końca naszych dni” — proponuje jeden z amerykańskich CFDA — „rozsądniej byłoby ustawić ścieżkę krytyczną od punktu A do punktu B, od B do C itd., gdzie B, C i D oznaczają momenty ewentualnych renegocjacji warunków kontraktu?”.

Być może wtedy, zamiast o totalnej porażce życiowej, mówilibyśmy o wycinkowym sukcesie (doszliśmy do B!), a patrząc na niektóre pary, świętujące kolejne jubileusze, westchniemy: ci to dopiero są świetnym małżeństwem, są już po trzech renegocjacjach...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kama Veymont

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Rozwód po polsku