Rada Polityki Pieniężnej podniosła wyraźnie stopy procentowe, ale podwyżka była mniejsza od oczekiwań rynkowych. Można to odczytywać jako sygnał, że bank centralny coraz bardziej obawia się recesji, a coraz mniej inflacji. Możliwe, że cykl powoli zbliża się do końca. Największe zagrożenie to w tym momencie scenariusz węgierski, czyli utrata zaufania do waluty i paniczne podwyżki stóp. Podążamy cienką granią obok takiego scenariusza.

RPP podniosła stopę referencyjną, od której zależy WIBOR i oprocentowanie wielu kredytów oraz depozytów, do 6,5 proc., czyli o 0,5 pkt proc. Ekonomiści i inwestorzy oczekiwali raczej ruchu w granicach 0,75-1 pkt proc. Prognozy rynkowe zawarte w ostatniej Ankiecie Makroekonomicznej NBP wskazują, że za rok stopa referencyjna będzie wynosiła 7,25 proc., a za dwa lata 5,5 proc. Niepewność, jak pokazuję na wykresie, jest jednak potężna. Zasięg prognoz określony przez tzw. 90-procentowy przedział ufności sięga w górę aż 11 proc. To pokazuje, z jak różnymi zaburzeniami w gospodarce mamy do czynienia, i jak wiele różnych scenariuszy może się realizować.
Dalszym podwyżkom stóp będą sprzyjały dwa czynniki. Po pierwsze, wysoka inflacja. Według projekcji NBP ma wynieść w przyszłym roku średnio ok. 12,4 proc., a za dwa lata ok. 4,1 proc. Długo będziemy więc powyżej celu banku centralnego, czyli 2,5 proc. (uwaga: projekcja nie uwzględnia efektów ostatniej podwyżki stóp, choć nie są bardzo duże). Po drugie, i może ważniejsze, będzie to deprecjacja waluty. Złoty od niemal dwóch lat systematycznie się osłabia, co wywiera presję na bank centralny, który nie chce dopuścić do panicznej wyprzedaży. Węgry dopuściły przez nierozważną politykę fiskalną przed wyborami parlamentarnymi do bardzo dużej deprecjacji i wczoraj musiały wywindować jedną ze swoich kluczowych stóp procentowych o 2 pkt proc. do 9,75 proc. My w przyszłym roku mamy wybory i jeżeli politycy odpalą fiskalne fajerwerki, może nas czekać dokładnie to samo.
Jednocześnie jednak na horyzoncie widać kilka czynników, które ewidentnie mogą wstrzymywać bank centralny przed dalszymi ostrymi podwyżkami. Przede wszystkim globalna gospodarka wykazuje coraz więcej objawów recesji. Dziś nie są jeszcze wyraźne, wiele wskaźników trzyma się mocno. Nastroje producentów już wyraźnie się jednak obniżają, konsumpcja zaczyna hamować, wysokie stopy procentowe zaczną ograniczać inwestycje. To przełoży się w końcu na bezrobocie, płace i ceny. Projekcja NBP wskazuje, że w Polsce wzrost PKB ma wynieść w przyszłym roku tylko ok. 1,2 proc. w 2023 r. i ok. 2,2 proc. w 2024 r. Ponadto ceny surowców zaczęły spadać, co obniża nieco ryzyka inflacyjne na 2023 r. Wiele surowców kosztuje już mniej niż na początku wojny w Ukrainie.
Bilans tych czynników nie jest oczywisty i - moim zdaniem - z tego powodu bank centralny zdecydował się na ostrożniejszą podwyżkę stóp. Nie oznacza to, że podwyżki się kończą, ale że argumenty za nimi przemawiające nie są tak oczywiste, jak miesiąc czy dwa miesiące temu.
