Polskie rybołówstwo może paść ofiarą przyspieszenia negocjacji. Niepokój rybaków budzi zaniechanie działań restrukturyzacyjnych przy jednoczesnej intensyfikacji rozmów z Unią bez konsultacji z samymi zainteresowanymi.
Zapowiedzi nowego rządu dotyczące złagodzenia stanowiska w wielu rozdziałach negocjacyjnych niepokoją środowisko rybackie. Nieoficjalnie mówi się, że rybołówstwo może zostać poświęcone w negocjacjach w zamian za korzyści w innych rozdziałach.
Koła rybackie nie kryją rozgoryczenia.
— Rybołówstwo jest od wielu lat skutecznie zaniedbywanym działem gospodarki. Najważniejsze jest jednak to, że nikt z nami niczego nie ustala, a rozmowy z UE prowadzi się za naszymi plecami — oskarża Maciej Dlouhy, prezes Krajowej Izby Rybackiej.
Niepokój kół rybackich dotyczy otwarcia polskiej strefy połowowej dla obcych armatorów jeszcze przed restrukturyzacją branży.
— UE nie zmieniła stanowiska co do zwrotu 75 proc. kosztów za wycofanie kutrów, jednak będzie to możliwe nie wcześniej niż po dniu akcesji. Resztę, czyli 25 proc. popłynie z budżetu państwa — wyjaśnia Zdzisław Gandera.
Tymczasem środowiska rybackie twierdzą, że część branży już od dawna znajduje się w agonii.
— Wydaje się, że zarówno Unii, jak i negocjatorom zależy, by jak najmniejsza część krajowej floty dotrwała do chwili akcesji. Obie strony poniosłyby niewielkie koszty związane z odszkodowaniami dla rybaków za wycofanie swoich jednostek. Taki scenariusz nie jest pozbawiony podstaw na tle obecnych problemów budżetowych państwa — wyjaśnia Maciej Dlouhy.