Rynek giełdowy ma poważny problem

Michał Makarczyk
01-08-2001, 00:00

Rynek giełdowy ma poważny problem

Co łączy notowane na GPW Protektor, Beton Stal, Stomil Olsztyn, Wafapomp, Pozmeat, Centrozap, PPWK? To, że prokuratura albo policja bada, będzie badać lub powinna badać działalność byłych władz tych podmiotów.

Oprócz wymienionych firm, w dwóch innych spółkach publicznych poczynania byłych zarządów analizuje Urząd Ochrony Państwa. W kolejnych dwóch członkowie rad nadzorczych mają dozór policyjny. Jeden z byłych prezesów ukrywa się poza granicami Polski, a dwóch znaczących indywidualnych graczy giełdowych jest podejrzewanych o bliskie kontakty z zorganizowaną przestępczością.

Skala zjawiska

Śledząc ostatnie wydarzenia, można odnieść wrażenie, że to zjawisko ogranicza rozwój rynku kapitałowego. Do końca nie wiadomo, czy to wyjątki, czy tylko nieliczne ujawnione przypadki, które wychodzą na jaw dopiero po kilku miesiącach czy latach.

Badanie działalności władz przedsiębiorstw nie oznacza od razu, że zainteresowani są winni. Jedno jest pewne — liczba spraw założonych przeciw byłym prezesom, zarządom, członkom rad nadzorczych rośnie i to niepokojąco.

— Przy zakupie akcji Wafapompu nie wiedzieliśmy, co tak naprawdę dzieje się w spółce. Mieliśmy zaufanie od zarządu. Potem wyszło wiele spraw. Najcięższy zarzut to fałszowanie wyników, w tym przychodów ze sprzedaży i zysku brutto. Ponadto władze firmy nie poinformowały o toczącym się postępowaniu sądowym. Sprawa dotyczyła kilkuset tysięcy złotych. Teraz wszystko wróciło do normy, nie chcemy patrzeć w przeszłość. Obecnie to już sprawa prokuratury, a nie nasza — mówi Wiesław Kańtoch, prezes Powenu, głównego akcjonariusza Wafapompu.

Zgodnie z raportem rocznym za 2000 r. — nie skwitowanym przez NWZA — warszawski producent pomp i armatury zarobił na czysto 1,8 mln zł przy 39,4 mln zł przychodów ze sprzedaży. Wiadomo już, że miniony rok ostatecznie zakończył się stratą.

Sposób zarządzania

Fałszowanie wyników oraz embargo na niekorzystne dla spółki informacje to tylko niektóre niewłaściwe sposoby na zarządzanie przedsiębiorstwem. Od niedawna powszechne staje się kupowanie giełdowych firm, by potem poprzez „własny” zarząd podejmować niekorzystne dla spółki decyzje, najczęściej inwestycyjne. Książkowym przykładem tego typu gry jest LZPS Protektor. Tam policja od wielu miesięcy zbiera dowody przeciwko byłym członkom zarządu i rady nadzorczej.

Protektor po działalności jednego z poprzednich zarządów zakończył rok dużą stratą. W tym właśnie czasie skupił się on bowiem bardziej na inwestycjach giełdowych niż na podstawowej działalności. Na samym zakupie akcji Beton Stalu, LZPS stracił ponad 500 tys. zł. Strata na inwestycjach w walory Lety jest trudna do oszacowania. Protektor kupował np. akcje drugiej z wymienionych spółek od swojego głównego akcjonariusza po dwa złote. Dzięki tej „atrakcyjnej” inwestycji nabył akcje, których rynkowa cena wynosiła od 50 do 70 gr.

— Strata za 2000 r. była efektem nietrafnych inwestycji giełdowych. Dopóki ja będę pełnił obowiązki prezesa, nie będzie żadnych zakupów akcji. Nie jesteśmy funduszem inwestycyjnym, a przedsiębiorstwem produkcyjnym — mówił po objęciu stanowiska Wincenty Boryca, p.o. prezesa Prototektora. Sytuacja Beton Stalu była podobna.

— Jest wiele ciekawych umów, które zawierano — np. sprzedaż wartego wiele milionów złotych kontraktu za 30 proc. jego wartości. Jeszcze ciekawsza umowa to zbycie akcji posiadanych przez firmę inwestorowi, który zapłacił za papiery 20 proc. wartości, a kolejnej wpłaty mógł dokonać za kilka lat — mówi Mirosław Kamiński, syndyk masy upadłościowej Beton Stalu.

— Wydaje się, że jedna z osób zarządzających, mówiąc delikatnie, działała na szkodę spółki. Teraz osoba ta będzie startowała w wyborach do Sejmu i na pewno zostanie posłem. Zastanawiamy się, czy składać doniesienie do prokuratury. To może nam się nie opłacać. Z tego, co mi wiadomo, prokuratura nie prowadzi żadnego dochodzenia przeciw byłym władzom spółki — mówi jeden z akcjonariuszy Beton Stalu.

Małe jest istotne

Zawsze można uznać, że sprawy takich spółek jak Beton Stal, Protektor czy Wafapomp, to epizody zaistniałe w niewielkich firmach i mające niewielkie znaczenie na rynku kapitałowym, na którym notowanych jest 217 firm. To nie przypadek, że takie wydarzenia w większości dotyczą małych spółek, które zazwyczaj są dość łatwe do przejęcia. Jest jednak wiele spraw o, których opinia publiczna oraz gracze giełdowi nigdy się nie dowiedzą. Dotyczą one dużych holdingów, gdzie w grę wchodzą ogromne pieniądze. Przykładem może tu być informacja, jaką uzyskał jeden z dziennikarzy od członka rady nadzorczej jednej z największych firm notowanych na warszawskiej giełdzie.

— Za głosowanie zgodne z życzeniem pewnego zagranicznego inwestora miałem zainkasować 1 mln USD. Odmówiłem. Jeżeli napisze pan o jakie firmy chodzi, wyprę się tego i założę przeciwko panu i redakcji sprawę sądową. Powiem tylko, że przekupienie członka zarządu czy rady nadzorczej to częsta praktyka — mówi członek rady nadzorczej jednego z rodzimych blue chipów.

Sprawa Centrozapu

Jedyna, naprawdę głośna afera dotycząca spółki giełdowej to tzw. sprawa Centrozapu. Głośna stała się nie tylko dlatego, że zaistniała w mediach. W trakcie jej trwania chwilowo zatrzymano wiceszefa delegatury UOP w Katowicach, co doprowadziło do odwołania ministra sprawiedliwości.

— Podejrzenia wobec byłego zarządu obejmowały m.in. wystawienie weksli na dużą kwotę bez poręczeń oraz wymuszenie podatku VAT. Dotyczy to wydarzeń z lat 1994-95. Zobowiązania z tego tytułu sięgają z odsetkami ponad 80 mln zł — wyjaśnia Ilona Saft, rzecznik prasowy Centrozapu.

To tylko kilka przykładów zarządzania spółkami notowanymi na warszawskiej GPW. Oczywiście nie można uogólniać. Wydaje się jednak, że liczba dochodzeń prokuratorskich oraz śledztw policji i UOP nabiera niepokojących rozmiarów. Co do liczby skazanych, to ciężko ją określić. Jeżeli sprawa zakończyła się wyrokiem skazującym, to spółka o niej nie informuje, bo nie dotyczy to obecnych władz.

— Zgadzam się, że liczba spraw tego typu niepokojąco rośnie. Stąd nasza inicjatywa utworzenia „kodeksu dobrej praktyki”. 18 i 19 września odbędzie się pierwsze spotkanie instytucji, które przystąpią do takiej organizacji. Będzie ona skupiała firmy i instytucje, które chcą być otwarte i mieć przejrzyste struktury. Tu nie chodzi o instrumenty prawne, bo te będą jak najbardziej przestrzegane. Chodzi tu o normy moralne w biznesie. Obecnie chętnych do przystąpienia jest 28 różnych podmiotów, w tym KPWiG — mówi Krzysztof Lis, prezes Fundacji Centrum Prywatyzacji oraz jeden z inicjatorów tzw. kodeksu dobrej praktyki.

Uczciwe interesy

Zdaniem Krzysztofa Lisa, w zrzeszeniu nie będzie się opłacało łamać ustalonych zasad, bo to będzie się wiązało z obniżeniem ratingu, kłopotami z zaciągnięciem kredytu, brakiem zaufania inwestorów. Będzie to dotyczyło zarówno poszczególnych osób, jak i firm.

— Chcemy wprowadzić arbitraż. Nie będzie on oparty na instrumentach prawnych. To będzie opinia innych członków organizacji na temat pewnych sytuacji. Chcemy skupić ludzi, którzy w biznesie pragną kierować się normami moralnymi — zapowiada Krzysztof Lis.

Na rozwiniętych już rynkach tego typu organizacje działają od wielu lat i spełniają oczekiwania zarówno firm, jak i instytucji finansowych, od małych do największych.

— Mało kto wie, że inwestorzy zagraniczni zachowują się tak, jakby trafili do buszu albo na rynek w którymś z krajów WNP. Byłem jednym z twórców rynku kapitałowego w Polsce. Uważam, że mamy najlepsze prawo ze wszystkich krajów postkomunistycznych. W Polsce nie ma jednak wyrobionych norm moralnych w biznesie. Ludzie nie oddają pożyczonych pieniędzy od rodziny, a co tu mówić o inwestycjach różnych inwestorów giełdowych. Jestem zaniepokojony tą sytuacją. Chcemy to zmienić — deklaruje Krzysztof Lis.

Zdaniem rozmówców „PB”, powołanie instytucji na wzór Najwyższej Izby Kontroli w KPWiG nie ma sensu. Nikt nie może bowiem gwarantować, co stanie się z informacjami zdobytymi przez taki organ i czy nie będzie on ulegał wpływom politycznym. Zdaniem rozmówców, z samego założenia instytucja taka mogłaby być korupcjogenna.

Komentarz

Spółki powinny być przejrzyste

Pojawiły się nowe instrumenty prawne, które mogą zapobiec podobnym przypadkom. Jest bowiem instytucja rewidenta ds. szczególnych. Mogą go powołać akcjonariusze posiadający co najmniej 5 proc. akcji danej spółki, jeśli tylko mają najmniejsze podejrzenia co do działalności władz. Ten zapis pojawił się w kodeksie spółek handlowych m.in. dzięki KPWiG.

Swoją drogą, popieramy pomysły utworzenia np. kodeksu dobrych praktyk. Obecnie przygotowujemy standardy dla walnego zgromadzenia akcjonariuszy. KPWiG nie może nadzorować ponad 200 spółek, w tym wielu holdingów notowanych na GPW. Ludzie są ludźmi i wiadomo, że nie każdy akcjonariusz czy zarząd działa zgodnie z prawem. Ponadto KPWiG nie ma wielu potrzebnych uprawnień — np. możliwości zabezpieczania niektórych dokumentów, choćby w przypadku wykorzystania informacji poufnych. Propozycje, by wprowadzić uprawnienia porównywalne z NIK, też nie są racjonalne i byłyby bardzo egzotyczne jak na rynek kapitałowy. Spółki same powinny dążyć do otwartości i przejrzystości.

Jacek Socha

przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych i Giełd

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Makarczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Rynek giełdowy ma poważny problem