Rynek pracy nowej generacji

Za trzy lata rejestrowane bezrobocie spadnie poniżej 7 proc. Partnerstwo publiczno-prywatne na rynku pracy pomoże zwiększyć zatrudnienie — uważa Jacek Męcina, wiceminister pracy

„Puls Biznesu”: Spadek bezrobocia ostatnio nieco wyhamował. Jakie są pana prognozy dla rynku pracy?

Jacek Męcina, wiceminister pracy
Wyświetl galerię [1/2]

Jacek Męcina, wiceminister pracy MW

Jacek Męcina, wiceminister pracy: W tym roku zejdziemy ze stopą bezrobocia rejestrowanego poniżej 10 proc. To powinno się udać w sierpniu i jest szansa, że utrzymamy się poniżej tego poziomu do końca roku. Bezrobocie BAEL, czyli liczone według metodologii Unii Europejskiej, powinno się obniżyć z 7,7 do 7 proc. na koniec roku. W kolejnych latach nastąpi dalszy spadek liczby bezrobotnych, chociaż tempo nie będzie pewnie tak imponujące jak w ubiegłym czy tym roku, kiedy wyniosło blisko 2 pkt. proc. Uważam, że do 2018 r. uda nam się obniżyć bezrobocie rejestrowane poniżej 7 proc. Będzie to możliwe dzięki dobrej kondycji gospodarki i inwestycjom, ale też instytucjonalnej reformie rynku pracy, która obok standardowych instrumentów aktywizacji bezrobotnych stworzyła instrumenty przywracania na rynek pracy osób najbardziej od niego oddalonych, często od lat pozostających bez zatrudnienia. Dotychczas nie zeszliśmy ze stopą bezrobocia poniżej 8 proc. — nawet gdy wzrost PKB był na poziomie 7 proc. Teraz będzie to możliwe, mimo że do dawnego tempa rozwoju gospodarczego pewnie w najbliższych latach nie wrócimy.

Dlaczego zwiększanie zatrudnienia jest takie ważne?

Weszliśmy do UE z najniższymi wskaźnikami aktywności zawodowej i zatrudnienia. W 2005 r. Polska miała takie parametry, jak społeczeństwa starzejące się demograficznie od lat 90. — Niemcy czy Francja. Mimo że mieliśmy największy udział młodych w strukturze demograficznej, nasz system emerytalny był bardzo obciążony, a efektywny wiek przechodzenia na emeryturę był na poziomie 54 lat. Dlatego musi rosnąć liczba zatrudnionych. Proces starzenia się społeczeństwa dopiero się u nas rozpoczyna. W kolejnych latach zacznie szybko przybywać osób 50+ i zmniejszy się odsetek młodych wkraczających na rynek pracy. To znaczy, że będzie rosła liczba świadczeniobiorców. Dlatego konieczne było podwyższenie wieku emerytalnego, likwidacja wcześniejszych emerytur. Teraz musimy w większym stopniu promować zatrudnienie. Najwyższa od ćwierć wieku liczba pracujących — ponad 16 mln — dowodzi, że da się je zwiększać.

Eksperci wyliczyli, że każdy wzrost wskaźnika zatrudnienia o 1 pkt proc. daje przychód w sektorze finansów publicznych na poziomie 4 mld zł. To są składki na ubezpieczenia zdrowotne, emerytalne, podatki. Gdybyśmy zwiększyli zatrudnienie o 10 pkt. proc., nie byłoby dziury w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Wtedy też możemy myśleć, jak zmieniać opodatkowanie pracy czy zmniejszyć podatki dla firm, jakie nowe instrumenty polityki prorodzinnej finansować, jak inwestować w system ochrony zdrowia.

Urzędy pracy nie są w stanie szybko poprawiać wyników. Może potrzebny jest inny model aktywizacji bezrobotnych?

Eksperci wyliczyli, że każdy wzrost wskaźnika zatrudnienia o 1 pkt proc. daje przychód w sektorze finansów publicznych na poziomie 4 mld zł. Gdybyśmy zwiększyli zatrudnienie o 10 pkt. proc., nie byłoby dziury w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Urzędy pracy mogą lokować ludzi na rynku pracy do pewnego momentu, później pojawia się ściana — w rejestrach zostają osoby, dla których bardzo trudno znaleźć zatrudnienie. Żeby im pomóc, nie wystarczy oferta z urzędu, nawet subsydiowana. Potrzebna jest kompleksowa praca z bezrobotnym i pracodawcą. Jeśli bezrobotny potrzebuje psychologa, lekarza, pomocy w rozwiązaniu problemów rodzinnych, pośrednik pracy czy doradca zawodowy to za mało. Dlatego postawiliśmy na partnerstwo we wszystkich odmianach: publiczno-publiczne, skłaniając urzędy pracy i ośrodki pomocy społecznej do współpracy, publiczno-społeczne, wykorzystując potencjał organizacji pożytku publicznego, oraz publiczno-prywatne, czyli zaangażowanie agencji zatrudnienia do aktywizacji długotrwale bezrobotnych. To trudne przedsięwzięcie, co widać po projektach pilotażowych. Tylko jedna firma osiągnęła bardzo wysokie wskaźniki trwałości zatrudnienia — ponad 80 proc. Nowe usługi rozwijają się jednak we właściwym kierunku, już w tym roku w blisko 60 powiatach pracują z bezrobotnymi agencje zatrudnienia i jeśli nic nie zostanie zepsute, efekty z roku na rok będą coraz lepsze.

Na czym polega problem z długotrwale bezrobotnymi?

To osoby zdemotywowane, często mające problemy zdrowotne, prawne i inne, którym trzeba pomóc w każdej sprawie. W przeciwnym razie, skierowane do pracy, szybko wrócą do urzędu, bo nie utrzymają się na rynku. Z takim klientem doradca zawodowy musi iść do lekarza, urzędu gminy, często porozmawiać z rodziną itd. To jest zajęcie dla psychologa, praca socjalna i wreszcie aktywizacja. Na końcu trzeba tę osobę podbudować, zmotywować — dopiero wtedy można jej szukać pracy. Żeby to było efektywne, trzeba jeszcze znaleźć pracodawcę, dowiedzieć się, kogo potrzebuje, i przygotować mu konkretnego kandydata. W pierwszych miesiącach pracy tej osobie też potrzebne będzie wsparcie. To jest bardzo skomplikowany proces, a jego efektywność na świecie wynosi 20-40 proc., czyli na 1000 osób przeciętnie 300 znajduje trwałe zatrudnienie. Pozostali uczestnicy projektu powinni jednak wejść w wyższy profil pomocy, a urzędy — dając im np. pracę subsydiowaną — powinny trwale ulokować ich na rynku pracy. Zawsze jednak pozostanie margines osób, i to wcale niemały, które nigdy nie odnajdą się na otwartym rynku. Jeśli nie chcemy, żeby pozostały uzależnione od świadczeń, trzeba dla nich tworzyć programy zatrudnienia socjalnego, prac społecznie użytecznych, programy specjalne.

Czy konkurencją dla polskich bezrobotnych nie są emigranci ze Wschodu?

Pracownicy ze Wschodu, przede wszystkim z Ukrainy, są naszej gospodarce potrzebni. Stanowią ponad 90 proc. pracowników sezonowych, potrzebnych w rolnictwie, ogrodnictwie, budownictwie czy pracach domowych.

Nie powiększają tylko szarej strefy?

Większość z nich pracuje legalnie, choć część powiększa szarą strefę. Potrzebne jest uproszczenie systemu, ograniczenie biurokracji związanej z rejestracją w ZUS. Mogłyby tu zostać wykorzystane np. bony na pracę, do kupienia w lokalnym urzędzie. W wartość bonów, którymi pracodawca płaciłby pracownikowi, wkalkulowane byłoby nie tylko wynagrodzenie, ale również pozapłacowe koszty pracy. Takim bonem można płacić na przykład za prace domowe, które coraz częściej wykonują w Polsce przybysze ze Wschodu. To nie rozwiąże wszystkich problemów, ale na pewno zalegalizuje część szarej strefy. Dotychczas rząd niewiele zrobił w walce z tym zjawiskiem na rynku pracy. Tego nie da się zrobić jedynie przez zmniejszenie klina podatkowego, który jest szczególnie wysoki dla osób najmniej zarabiających. Niższe podatki czy składki pomagają w walce z szarą strefą, ale nie likwidują problemu. Jednym z rozwiązań, nad którymi pracujemy, są właśnie bony na pracę. Takie mechanizmy działają już w kilku krajach UE i warto skorzystać z tych doświadczeń.

W ramach reformy rynku pracy pojawiły się już bony. Jak się sprawdzają?

Najwięcej nowych instrumentów stworzono z myślą o młodych, bony zatrudnieniowe, stażowe czy bony na zasiedlenie okazały się bardzo skutecznym rozwiązaniem. Młodzi otrzymują tzw. promesę zapłaty w formie bonu [na jej podstawie pracodawca otrzymuje świadczenia z urzędu pracy — red.] i sami mogą znaleźć sobie pracodawcę.

Urzędy, aby stać się agencjami zatrudnienia, muszą korzystać z innowacyjnych instrumentów. Efekty już są widoczne. Wprowadziliśmy też Krajowy Fundusz Szkoleniowy — pracodawca dostaje pieniądze na podnoszenie kwalifikacji pracownika. Pieniądze unijne jeszcze nam pomagają, ale już włączyliśmy do gry instrumenty odnawialne — np. pożyczki zamiast dotacji. Wprowadziliśmy pożyczki dla absolwentów i studentów, udzielane we współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, czyli instytucją finansową, która zna się na tym lepiej niż urzędy pracy.

Po kilku miesiącach zabrakło nam pieniędzy, a w puli było 130 mln zł, z których powstało ponad 1000 biznesów. Ich trwałość będzie wyższa, bo pieniądze — choć są oprocentowane najniżej w kraju — trzeba zwrócić. Ten program ma zatrzymać w Polsce absolwentów studiów — zwłaszcza politechnicznych czy medycznych — i to się udaje. W ciągu najbliższych lat może powstać ponad 6 tys. takich biznesów, czyli co najmniej dwa razy tyle miejsc pracy. © Ⓟ

Sezon na spadek bezrobocia trwa

Statystycy z GUS policzyli, że bez pracy w kwietniu było 11,2 proc. Polaków, a jeszcze miesiąc wcześniej odsetek wynosił 11,7 proc. Do spadku przyczyniły się głównie roboty sezonowe. Wiosna otworzyła rynek pracy dla pracowników m.in. z branży budowlanej i rolnictwa. Bezrobotnych jest już o blisko 300 tys. mniej niż rok temu. Dobrze wygląda też kwestia zatrudnienia. Z badania aktywności ekonomicznej ludności wynika, że w I kw. liczba pracujących wzrosła o 1,7 proc. r/r. To nieco wolniejsze tempo niż obserwowane w ubiegłym roku, ale spowolnienie wynika jedynie z głębszego spadku liczby pracowników z sektora publicznego. Dynamika zatrudnienia w sektorze prywatnym cały czas przyspiesza.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartek Godusławski, Tomasz Siemieniec

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu